Beatrycze Nowicka Opowiadania

Góra pod morzem (recenzja, 19.05.2024)

Zrozumieć ośmiornice

Ray Nayler, wyd. Mag

Beatrycze Nowicka: 7/10

Okładkowy opis powieści Naylera zachęcił mnie do jej zakupu tuż po premierze. Lekturę rozpoczynałam z poczuciem, że to może być książka idealnie dla mnie. Głowonogi i ich możliwości intelektualne fascynują mnie od lat. W literaturze SF z kolei podoba mi się eksploracja odmiennych perspektyw, wyobrażanie sobie, jak istoty bardzo się od nas różniące mogą postrzegać świat, myśleć i odczuwać. Jeśli ktoś z czytelników tej recenzji zajrzał kiedyś do znajdujących się na stronie moich opowiadań, być może zauważył, że sama poruszałam takie tematy (niedługi tekst, w którym pojawia się kałamarnica-naukowiec, jest jednym z moich ulubionych spośród utworów własnych). Pierwszy kontakt z bardzo inteligentnymi ośmiornicami wydał mi się więc znakomitym pomysłem na książkę – o ile oczywiście autor stanie na wysokości zadania.

Już na samym początku czekał mnie jednak kubeł zimnej wody w postaci woke. Gdy jedna z głównych bohaterek przyjeżdża na archipelag, gdzie ma prowadzić badania, relacjonuje swoje wrażenia, używając takich wyrażeń, jak „osoba liderująca”, czy „muszę ci opowiedzieć o osobie ochroniarskiej”. Wkrótce potem okazuje się, iż szefem ich niewielkiego zespołu ma być android (dodać należy, jedyna samoświadoma SI na świecie). Oto refleksje kobiety w czasie ich pierwszego spotkania: „nawet sam Evrim (sama? samo?) – Ha była poirytowana prowincjonalizmem własnego mózgu. (…) Zdała sobie sprawę, że najbardziej w androidzie niepokoi ją fakt, że jej mózg próbuje zaliczyć go do jakiejś kategorii, do której nie mógł pasować (…). Gdyby tylko potrafiła się uwolnić od pragnienia (…) przypisania mu tożsamości płciowej. Wpadła w nawyk mówienia (i myślenia) po angielsku i posługiwania się archaicznym pojęciem rodzaju gramatycznego typowym dla tego języka. Przestawiła mózg na swój drugi język, turecki. W nim zaimek trzeciej osoby „o” nie miał rodzaju gramatycznego (…). W myślach zaczęła opisywać Evrim tureckim „o” – okrągłym jak jego kształt, holistycznym i inkluzywnym. Problem gender zniknął, a dysonans zaczął blednąć, ustępując miejsca czystemu zdumieniu i zachwytowi”. Anglosaski fetysz zaimków tym razem nie tylko mnie zirytował, ale i zadziwił. Naprawdę głównym problemem i przeszkodą przy spotkaniu z SI miałoby być przypisywanie jej tożsamości płciowej, której odrzucenie automatycznie wywołałoby zachwyt?[1] Poza tym, pracuję w środowisku naukowym już dwie dekady i płeć nie miała dla mnie nigdy znaczenia, jeśli chodzi o współpracę zawodową. Dla wzajemnych relacji kluczowa była różnica uczelnianego statusu, wieku, a także podejście danej osoby do realizowanego zadania, podziału obowiązków, harmonogramu itp. Zresztą, co robi pani naukowiec zaraz po tych wszystkich rozważaniach o inkluzywności… ano częstuje androida ciastkiem, co ma tyle sensu i – moim zdaniem – taktu, co podarowanie niewidomemu obrazu. Brawo.

Ciekawość, jak zostanie poprowadzony wątek ośmiornic, sprawiła jednak, że czytałam dalej. Później szczęśliwie rozważań w stylu powyższych jest już znacznie mniej, a na pierwszy plan wysuwają się próby komunikacji z głowonogami.

Temat ten został zrealizowany interesująco, miejscami nawet poruszająco. Podobały mi się rozważania dotyczące tego, jak ośmiornice mogą myśleć, czy jak mógłby wyglądać stworzony przez nie język. Nayler wplótł w narrację także wiele ciekawostek na ich temat, choć niepoprawnie napisał: „edycja RNA (…) spotyka się ją wyłącznie u głowonogów”. Mechanizm ten występuje także u innych zwierząt, w tym u człowieka, choć fakt, że u wyżej wzmiankowanej grupy systematycznej zachodzi on na znacznie większą skalę i dotyczy bardzo wielu transkryptów wytwarzanych w neuronach, co istotnie nadaje układom nerwowym mątw i ich bliskich krewnych dodatkową plastyczność. Ciekawie prezentują się także wstawki na początkach rozdziałów, stylizowane na cytaty z książek napisanych przez bohaterki powieści.

Uważam, że „Góra pod morzem” najlepiej sprawdziłaby się jako mikropowieść, trochę w stylu utworów Teda Chianga. Okrojenie jej do wątku kontaktu z ośmiornicami pozwoliłoby zachować to, co w niej najlepsze i najciekawsze. Poza tym, historia wysiłków podejmowanych przez zespół badawczy jest raczej kameralna, rozgrywa się w małym wycinku powieściowego uniwersum z udziałem ledwie kilku postaci. Bibliografia autora wskazuje zresztą, że pisze on głównie krótkie formy.

W „Górze…” Nayler spróbował nieco szerszego spojrzenia, wprowadzając dwa dodatkowe, równoległe wątki. Te jednak nie wydały mi się równie interesujące i równie wiele wnoszące do całości. Jeden z nich, mam wrażenie, służył przede wszystkim udzielaniu czytelnikowi wyjaśnień dotyczących świata. Liczyłam na to, iż będzie on miał interesujący i efektowny finał. Tymczasem, wszystko sprowadziło się do jednej zmiany – istotnej z punktu widzenia pewnego bohatera, lecz czy na tyle, by rozwijać ten wątek przez całą książkę? Drugi z kolei ostatecznie splata się z historią doktor Ha, ale nie dzieje się w nim zbyt wiele i także nie sądzę, by konieczne było poświęcanie mu takiej ilości miejsca.

Z bohaterów najciekawsze są ośmiornice (choć w ich psychikę autor się nie wgłębia, pozostając przy opisie zachowań). Postaci ludzi nie zostały zbytnio rozbudowane. Wszyscy oni są samotni i zdystansowani do świata, mają problemy z nawiązywaniem relacji (pytanie – czy tego typu osoba byłaby najlepszym wyborem na badacza, którego zadaniem byłoby porozumienie z innym gatunkiem myślącym?[2]). Jeśli chodzi o życie uczuciowe, to pani naukowiec od przybycia na wyspę w zasadzie wciąż i wciąż wraca do wspomnienia zawodu miłosnego z czasów, gdy była nastolatką. Nie zamierzam tutaj twierdzić, że nie ma w ogóle ludzi, którzy do tego stopnia zafiksowaliby się na jednym wydarzeniu ze swojego życia, bo może i są, jednak postać literacka w ten sposób zbudowana wydaje się płytka i mało interesująca.

Na koniec pozostał mi jeszcze Evrim. Rozumiem autorski zamysł – ludzie, wysoce inteligentne ośmiornice, plus inteligencja stworzona przez człowieka. Tyle że w tej kwestii Nayler nie ma już do powiedzenia nic specjalnie ciekawego. O ile w przypadku głowonogów czytelnik poznaje wiele „technikaliów” (dotyczących np. ich układu nerwowego, czy przystosowań), autor „Góry pod morzem” nie wyjaśnia zbyt wiele na temat tego, jak Evrim funkcjonuje (choćby, jakiego rodzaju super-nowoczesne technologie wykorzystano, by stworzyć mu ciało). Android wydaje się zresztą nazbyt ludzki – jest humanoidalny, dysponuje rozpoznawalną mimiką, może nawet płakać i obraża się, gdy nazywa się go „robotem”. Sądzę, że o wiele ciekawsze byłoby nadanie mu rysu widocznej obcości.

Podsumowując, bardzo spodobała mi się koncepcja wyjściowa i historia badania ośmiornic, natomiast mam zastrzeżenia odnośnie konstrukcji fabuły i narracji, a także bohaterów. „Góra pod morzem” jest kolejnym przykładem SF, w której warstwa koncepcyjna przeważa nad literacką.

[1] Być może po angielsku skojarzenia z mężczyzną są silniejsze. Po polsku „on” to może być przecież także fotel, jawor, kojot, deszcz, czy strach. Tym niemniej wciąż nie wydaje mi się, że miałoby to jakieś wielkie znaczenie. Dużo bardziej ograniczającym spojrzenie wydaje mi się to, że Evrima obdarzono ciałem na podobieństwo człowieka.

[2] Nie mówię, że z tego powodu należałoby wykluczyć kogoś takiego z zespołu – w końcu doktor Ha jest ekspertem od głowonogów. Jednak czy taka grupa badawcza nie powinna zawierać także kogoś, kto dysponuje szeroko pojętymi kompetencjami społecznymi? Niewielka gromadka zdziwaczałych samotników po przejściach nie wydaje mi się optymalnym zespołem do spraw kontaktu z inną inteligencją. Z drugiej strony, być może zwykli przedstawiciele naszego gatunku bardzo się skupiają na relacjach międzyludzkich, zaniedbując świat poza nimi, podczas gdy jednostki wyobcowane mogą okazać się bardziej otwarte na naturę.

PS. Jeszcze na koniec cytat, który zwrócił moją uwagę (tym razem pozytywnie): „Ktoś kiedyś powiedział, że ludzie w zasadzie nie chcą wiązać się z innymi. Nie pragną równego partnerstwa,  związku, w którym są dwie kompletne osoby. Chcą być jedyną kompletną osobą i mieć kontrolę nad związkiem, w którym partner jest tylko połową osoby. No wiesz, kimś, kto ich rozumie, ale nie stawia żadnych żądań. (…) Ma swoje cechy szczególne, zdanie na każdy temat i własne opowieści o świecie, ale (…) nie zmusza cię, żebyś się zmienił.”