Beatrycze Nowicka Opowiadania

Pokrzywa i kość (recenzja, 06.05.2024)

O poczciwej księżniczce co szwagra zabić chciała

T. Kingfisher, wyd. SQN

Beatrycze Nowicka: 6/10

Swego czasu o „Pokrzywie i kości” było dość głośno na sieci, ale pojawiały się także recenzje, które nie zachęciły mnie do lektury. W końcu zdecydowałam się nadrobić zaległości i sięgnęłam po powieść Kingfisher.

Poznawanie historii księżniczki Marry okazało się wprawdzie całkiem miłym sposobem na spędzenie niedzielnego popołudnia, jednak daleka jestem od wychwalania tej książki pod niebiosa. „Pokrzywa i kość” to przewrotna baśń, której autorka wiedziała, gdzie wpleść coś nowego lub zagrać wbrew oczekiwaniom czytelnika, aby go zaskoczyć i zainteresować, a gdzie sięgnąć po stare, sprawdzone rozwiązania. Widać tu iskrę talentu, od czasu do czasu można napotkać trafne spostrzeżenia, czy barwne pomysły. W „Pokrzywie i kości” znalazło się też miejsce na indywidualny rys, odróżniający książkę Kingfisher od masowo produkowanych powieści dla nastolatek.

Wypisałam sobie kilka zdań, które zwróciły moją uwagę: „na niektóre dary nie da się zasłużyć”, „czuła się potwornie z powodu tych uczuć, ale strata była odległa, tak jak abstrakcyjna była jej miłość, niezrodzona z bliskości”, „gniew jest użyteczny tylko wtedy, gdy można go na coś przekuć”, „uśmiechnęła się do Marry z odcieniem troski na krawędzi tego uśmiechu”, „tłum zafalował (…) rozejrzała się wokół i zobaczyła tylko usta, które otwierały się i zamykały, jakby odgryzały kawałki historii jej siostry i pochłaniały ją”.

Za istotną wadę powieści uważam jednak niespójność, być może wynikającą z tego, że autorka – jak sama wyznaje w posłowiu – napisała kilka pierwszych rozdziałów, które dość długo przeleżały w przysłowiowej szufladzie, a resztę stworzyła w pośpiechu wynikającym z ustaleń z wydawnictwem.

Na początku książki czytelnik zastaje Marrę w przeklętej krainie, której mieszkańcy z głodu zjadali się nawzajem i od tego oszaleli. Księżniczka próbuje zbudować psa z kości, wspominając rodzinną tragedię i przewidując swoją rychłą śmierć. Później narrator przedstawia kolejne epizody z przeszłości bohaterki i wszystko to pasuje raczej do konwencji grimdarku. Przemoc w rodzinie, wykorzystywanie kobiet, poronienia, bezwzględna polityka… Gdy już spodziewałam się opowieści o szkoleniu żądnej zemsty nekromantki, całość skręciła w stronę historyjki iście familijnej – królewna spotyka chętnych do pomocy towarzyszy, razem wędrują, przerzucając się przy tym dowcipami, i ogólnie robi się lekko oraz przyjemnie, co nieszczególnie pasuje do wzmiankowanych wyżej poważnych kwestii. Jakby Kingfisher nie mogła się zdecydować dla kogo i o czym pisze.

Jak wspomniałam, autorka miała dobre pomysły – jednak zabrakło jej cierpliwości i konsekwencji. Niektóre kwestie (choćby owa przeklęta kraina, święci, współistnienie ludzi z magicznymi istotami) aż proszą się o rozwinięcie i zakotwiczenie w świecie. Podobnie jest z postaciami, przede wszystkim z pewną kurą (nadaremno czekałam na jej wielki moment). Kingfisher wprowadza rozmaite elementy często bez odpowiedniej podbudowy i nierzadko porzuca, nie pozwalając im wybrzmieć w pełni lub nie dostarczając wyjaśnień.

Ogólnie zresztą, przy bliższym przyjrzeniu świat i bohaterowie okazują się mocno powierzchowni. Autorka nie wyjawia np., jak to się stało, że kościany pies ożył, a księstwo władające ważnym portem jest biedne. Osobiście wolałabym, żeby mniej tu było baśni, a więcej pełnokrwistej fantasy, ze spójnym uniwersum i bohaterami obdarowanymi pewną głębią oraz własną, bardziej rozbudowaną historią. Nie przekonała mnie sama Marra, sprawiająca wrażenie cokolwiek nierozgarniętej i wykazująca mało inicjatywy jak na kogoś, kto powinien „pociągnąć” całą historię. Po tego typu bohaterce czytelnik zwykle spodziewa się odegrania większej roli w wydarzeniach, niż tylko bycia osobą, dookoła której zgromadzą się postaci dysponujące odpowiednimi umiejętnościami. Od czasu do czasu księżniczka wpada wprawdzie na jakiś pomysł, jednak częściej użala się nad sobą, a większość roboty wykonują za nią inni. Wydawać by się też mogło, że wydarzenia, w których uczestniczy i wiedza, jaką zdobywa, powinny wpłynąć na Marrę o wiele bardziej.

Powybrzydzałam, jednak nie mogę zaprzeczyć, że „Pokrzywa i kość” okazała się przyjemną, niezobowiązującą rozrywką. Doceniam grę z baśniową konwencją, zabawne i wyraziste postaci pożegnuchy oraz matki chrzestnej, a także powiew świeżości, zapewniony przez garść oryginalnych pomysłów. Stąd ocena, choć nie jestem pewna, czy skuszę się na inne powieści Kingfisher.

PS. Korekta przepuściła „zawieźć”, gdzie powinno być „zawieść” oraz kilka innych drobnych błędów.