Beatrycze Nowicka Opowiadania

Córka dymu i kości (recenzja, 22.03.2024)

Dziecko nostalgii i kiczu

Laini Taylor, wyd. Moondrive

Pierwszy tom trylogii o Karou

Beatrycze Nowicka: 4/10

Dzisiejszą recenzję sponsoruje cytat z piosenki: „ciche śluby, chemiczne sploty, schematów, mitów, masek, jak dorosnąć i wyrosnąć z nich”.

W przypadku „Córki dymu i kości” moją uwagę przyciągnął portret głównej bohaterki zdobiący okładkę. Przypomniałam sobie, że dawno temu gdzieś na sieci czytałam pochlebne opinie o tej książce. Pomysł na niebieskowłosą dziewczynę, przemierzającą Pragę ze szkicownikiem pod pachą i spotykającą na swej drodze anioła, wydał mi się ciekawy. Za zaletę uznałam także to, że powieść Taylor ukazała się w oryginale w 2011 roku.

Jak często się zdarza, rzeczywistość nie sprostała oczekiwaniom. Wiem, iż nie powinno się krytykować książki za to, że okazała się czymś innym, niż czytelnik się spodziewał, ale tym razem nie mogę się powstrzymać. Gdyby Laini Taylor zdecydowała się napisać urban fantasy o nastolatkach uczęszczających do szkoły artystycznej, ich przyjaźniach i pierwszych miłościach, a wszystko to w przyjemnej dla wyobraźni praskiej scenerii, mogłoby to wypaść klimatycznie i interesująco. Tego rodzaju fragmenty – zwłaszcza rozdział na temat projektu zaliczeniowego Zuzany – czytało mi się przyjemnie i nie miałabym nic przeciwko, gdyby taka okazała się reszta powieści.

Niestety, na karty „Córki…” szybko wkracza Wielka Miłość™ i wszystko pogrąża się w kiczu. To kolejna książka dla nastolatek z wątkiem romansowym, podczas lektury której zastanawiam się nad powtarzalnością motywów. Gdzieś w okolicach lat czternastu-piętnastu, zaczęłam pisać powieść fantasy i od tamtej pory – tak jak i w tym przypadku – regularnie natykam się na fabuły w wielu punktach zbieżne z tym, co wymyśliłam [1]. Tyle że wtedy znałam znacznie mniej książek, filmów i innych dzieł. W takich chwilach wpływ pewnych wzorców kulturowych wydaje mi się przemożny. Co sprawia, że dziewczyny i kobiety z różnych krajów piszą wciąż i wciąż te same historie? Jak potężna jest zaszczepiana w nas w młodym wieku wizja miłości wzniosłej a natchnionej, tudzież wybranka z pasją recytującego kwieciste wyznania o nieśmiertelnym uczuciu? Jak sprytne jest zarazem rozbudzanie w kolejnych pokoleniach kobiet marzeń i nierealistycznych oczekiwań – rozczarowane rzeczywistością będą potem sięgać po książki i filmy, aby, że tak sparafrazuję wers z piosenki, „głodne serce nakarmić”.

Wybranek Karou oczywiście jest zapierającej dech w piersiach urody. Wysoki, silny i umięśniony, typ wojownika. Tu najpewniej odzywa się we mnie przeszłość, choćby dorastanie w cieszącej się raczej złą sławą (wtedy) dzielnicy [2] i uczęszczanie do chuligańskiej szkoły – chodzi o to, że gdy widzę kogoś, kto jest wyraźnie większy i silniejszy ode mnie, automatycznym odruchem jest myśl, że nie można ściągać na siebie jego uwagi, a najlepiej byłoby szybko znaleźć się jak najdalej od niego. Bohaterki fantasy romansów zwykle lgną do takich typów, licząc na ochronę i opiekę. W żadnej z dotychczas przeczytanych przeze mnie książek, panna nie pomyślała trzeźwo, że swoją siłę i agresję tego rodzaju mężczyzna może przecież skierować na nią. Karou niby się waha (podczas pierwszego spotkania z Akivą ten ją atakuje i rani), jednak szybko obawy ustępują fascynacji i pragnieniu. Zresztą, skrzydlaty przystojniak szybko przechodzi w tryb donośnego oznajmiania swoich wzniosłych tudzież szlachetnych uczuć względem protagonistki, a potem okazuje się, że tych dwoje w zasadzie jest sobie przeznaczonych. Oczywiście na drodze do szczęścia pojawiają się przeciwności – trzeba przecież czymś zapełnić tomy kolejne.

Potencjalnie barwnym pomysłem były chimery oraz ich magia. Z drugiej strony cały wątek ich świata i wojny z serafinami prowadzi do porzucenia „naszej” rzeczywistości. A, jak już wspomniałam, to właśnie ta druga miała w sobie urok, wynikający z wplatania elementów fantastycznych w już i tak barwne miejsca, takie jak praskie stare miasto, czy targ w Marrakeszu. Kraina chimer została opisana powierzchownie, przez co nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Zastanawiam się też nad tym, dlaczego, skoro tylko nieliczni wiedzą o portalach do świata ludzi, wielokształtne chimery uważają za lepszych i piękniejszych tych spośród nich, których określają jako „wysokoludzkich” (co oznacza ludzką głowę i jak najwięcej innych części ciała, mniej zaś tych zwierzęcych).

Jeśli chodzi o fabułę, tak naprawdę dużo się w książce nie dzieje, od pewnego momentu najwięcej miejsca zajmują wszelkie sceny okołomiłosne. Styl w takich przypadkach bywa tradycyjnie kiczowaty.

Wypisałam sobie garść przykładów: „spojrzał na nią (…). Od jego wzroku paliły ją policzki i wargi. (…) Jego oczy hipnotyzowały. Brwi miał czarne, aksamitne. Cały składał się z miedzi i cienia, miodu i ryzyka, surowości rzeźbionych kości policzkowych i wdowiego szpica, przypominającego groźne ostrze”, „czuła się wciągana w ciepłą nieskończoność i sensowność jego istoty, jakby był zarówno miejscem, jak i osobą, jakby wbrew wszelkiemu rozsądkowi był punktem docelowym jej dążeń”, „patrzył jej w oczy tak, jakby skrywała w sobie całe światy, pełne cudów i odkryć”, „obserwując, jak Karou wstaje, lśniąc błękitem włosów (…), Akiva pojął, że to była jego alef, jego prawda i jego początek. Jego dusza”, „napięcie zbierało się między nimi i w nich, astralne wręcz”, „byli jak dwie zapałki, które ktoś o siebie potarł i rozniecił gwiezdny ogień”, „był jeszcze doskonalszy, niż zapamiętała. (…) [W] pełni zdrowia i z krwią pełną miłości, lśnił złotem. Patrzył na nią z żarem, z nadzieją, i wyczekiwaniem, natchniony, oczarowany, szczęśliwy”, „Karou falą zalało poczucie (…), ta dogłębna, fizyczna prawdziwość Akivy, słonego i piżmowego, umięśnionego, płomiennego, cielesnego i pulsującego. Wszechogarniające. Wszechwszystko”.

Tłumaczenie też dokłada do tego swoją cegiełkę, że pozwolę sobie przytoczyć: „rzeka zbierała całe światło i epatowała nim”, „wsunęła go do rękawa, skanując jednocześnie teren przed i za sobą”, „rana ziała dziurą”, „jego dłoń (…) skąpana była we krwi”, „spojrzała na niego wzrokiem błyszczącym od złowieszczości”, „na łóżku leżał berberyjski koc, emitując tajemnicze błogosławieństwo w języku symboli”, „poczuła mętną surrealistyczność sytuacji”. Pojawia się także „wrogini”. Tłumaczka zostawiła w oryginale imię Brimstone, za to inne przetłumaczyła, dzięki czemu pewna nieszczęśliwie zakochana chimera została ochrzczona mianem Madrygał, co zachowuje znaczenie, ale zamiast romantycznych skojarzeń, przywołuje rzeczowniki w rodzaju „banał”, „futerał”, czy „dyrdymał”.

Choć jest pewna rzecz zabawna i ponownie skłaniająca mnie do refleksji. Otóż, gdy zaczęły się te wszystkie miłosne perturbacje, czytałam o nich z zażenowaniem i poczuciem, że jestem już na to za stara. Gdzieś jednak, powoli zaczął narastać we mnie pewien żal i gdy mój mężczyzna-na-wpół-udomowiony przyszedł zrobić sobie kolację, zapytałam go, czemu nie czyni mi wyznań w stylu „moja dusza śpiewa twojej”. Na co miły mój nucić począł piosenkę zespołu Lej mi pół. Ot, życie.

Na poważnie już – mimo całej nieudolności i powtarzalności, jest w tej książce swego rodzaju emocjonalna prawda, próba ujęcia w słowa stanu ducha nastolatki marzącej o miłości: „tego zawsze pragnęła – i sądziła, że teraz to ma: kogoś, kto był dla niej i dla kogo była ona”. A potem zakochania, zachłyśnięcia się drugą osobą. Pewnie dla nas jest lepiej, że endorfinowy haj mija i to stosunkowo szybko. Pozostawia jednak po sobie tęsknotę, z której rodzą się książki takie jak „Córka…” .

Całość ukazała się w naszym kraju już jakiś czas temu, a wznowienie drugiego tomu zapowiadane jest na kwiecień 2024 roku. Raczej po niego nie sięgnę, nie zamierzam też polecać historii Karou. Kilka potencjalnie barwnych pomysłów to zbyt mało, by przykryć brak interesującej, bardziej skomplikowanej fabuły, płytkość postaci i sprowadzenie ich relacji do zestawu klisz.

[1] W tym przypadku – w przypisie, bo zdradzam szczegóły z fabuły: bohaterka, wychowująca się bez matki i żyjąca nieco na uboczu, poznaje i zakochuje się, z wzajemnością oczywiście, w mężczyźnie z ludu, który jej lud uważa za odwiecznych wrogów. Tenże związek uniemożliwia zły-a-chutliwy obleśny książę, niecnie pożądający głównej bohaterki. Odtrącony przez nią, doprowadza do ujawnienia jej związku z wrogiem i skazania bohaterki na najwyższy wymiar kary. Kobieta przeżywa, a po pewnym czasie spotyka swego lubego, jednak go nie rozpoznaje (w przypadku moich pierwocin literackich po drodze był jeszcze zły król, który zgwałcił dziewczynę, za co miała się krwawo mścić przez wiele rozdziałów – tego akurat w „Córce…” nie ma, bywało za to w innych powieściach, jak choćby w „Sile trucizny” Snyder, czy „Stu tysiącach królestw” Jemisin). W tym miejscu znudziło mi się pisanie, a potem uznałam, że to zbyt liche jest, by cokolwiek dalej z tym robić. Laini Taylor miała więcej cierpliwości (napisała też swoją książkę o wiele lepiej ode mnie, choć na swoją obronę dodam, że autorka „Córki…” wydała ją, mając lat czterdzieści).

[2] Kusi mnie, by przeczytać „Tracę ciepło” Orbitowskiego, ale do tej pory jakoś się nie odważyłam, bojąc się budzić niektóre wspomnienia.