Beatrycze Nowicka Opowiadania

Mgła (recenzja, 07.03.2024)

Ni jednego sprawiedliwego

Anna Brzezińska, wyd. Wydawnictwo Literackie

Beatrycze Nowicka: 6,5/10

Zapowiedź nowej książki Anny Brzezińskiej bardzo mnie ucieszyła, szczególnie, iż miał to być powrót do świata przedstawionego w „Wodach głębokich jak niebo”, które uważam za jeden z najlepszych zbiorów polskich opowiadań fantasy. Oczekiwania były zatem duże i – jak to często bywa w takim przypadku – okazały się niespełnione.

Pod względem formalnym całość prezentuje się dosyć ciekawie – narracja budowana jest w większości z bardzo długich zdań (zwróciłam uwagę na jedno, które ciągnęło się przez dwie i pół strony) i pozbawiona dialogów. Mimo to autorce udało się uzyskać pewną potoczystość, wrażenie meandrującego monologu. Styl jest wyrazisty, niektóre frazy czy spostrzeżenia zapadają w pamięć: „zastanawia się, jak to się właściwie stało, kiedy minął ten dzień i zgasły wszystkie poprzednie ranki, zaprawdę płyną jak woda i nie pozostawiają śladów”, „nie rozumieją, że ich życie zostało zważone i osądzone, i właśnie to jest rozdzierająco zabawne”, „zaprawdę nigdy nie należy ufać szewcowi, nawet jeśli zostaje katem”, „przydrożne próżniacze drzewa kwitną diabłu na pożytek”, „czas zaczyna z wolna wzbierać trwogą”, „dopiero śmierć czyni z ludzi niezawodnych przyjaciół”, „młodość stroni od nieszczęścia”, „umieranie jest dojmująco pojedyncze”.

Przekonująco prezentuje się także wizja Città di Sant’Angelo i okolic, wydaje mi się wręcz, że to właśnie nakreślenie jej było głównym celem autorki.

Ponieważ pod względem fabularnym już tak dobrze nie jest. Już sam tytuł nie brzmi szczególnie oryginalnie – na Lubimy Czytać doliczyłam się dwudziestu jeden książek o takim samym, a wszystkich, gdzie „mgła” w jakiejś formie się pojawia, było ponad dziewięćdziesiąt. To oczywiście nie powinien być przyczynek do negatywnej oceny, ale i w samej treści powtarzają się z kolei pewne motywy i wątki, już pojawiające się w „Wodach…” (smok, czy to, co spotyka najeźdźców spoza półwyspu). Może i dziwnie zabrzmi moja uwaga o tym, że niewiele się w powieści dzieje, bo przecież upada miasto (o czym czytelnik dowiaduje się już z opisu okładkowego, a i narrator chętnie wybiega w przód swoją opowieścią, więc nic szczególnego tu nie zdradzam), ale takie właśnie miałam odczucie. W książce przeplatają się dwa plany czasowe. Chronologicznie wcześniejsza jest historia młodego mężczyzny wyruszającego zabić smoka, w której jednak nie znalazłam niczego ciekawego (wariacji na ten temat powstało w fantasy mnóstwo, trudno mnie więc czymkolwiek zaskoczyć, w dodatku motywy bohatera nie zostały przekonująco nakreślone). Drugi zaś pozwala prześledzić schyłek Città di Sant’Angelo, Brzezińska skupiła się tu bardziej na przedstawieniu losów miasta, niż wybranych bohaterów.

Najważniejsza dla mojego odbioru „Mgły” okazała się jednak przytłaczająca parszywość świata przedstawionego i ludzi w nim żyjących. Brzezińska już wcześniej w swoich utworach pokazywała brutalność i okrucieństwo, jednak w żadnym z przeczytanych przeze mnie, nie były one aż tak dojmujące. W „Wodach głębokich jak niebo” bohaterowie marnie kończyli, ale w pierwszych opowiadaniach tomu było w tym coś mityczno-wzniosłego (jak choćby historia Sirocco, która sprowadziła śmierć na ukochanego męża, dowiedziawszy się, że dla zwiększenia swej mocy ten pragnie zabić własnych synów). W kolejnych tekstach świat przyziemniał, jednak wciąż znalazło się w nim miejsce na ludzi szlachetnych (jak choćby biedny męczennik fra Gioele). Pod koniec zbiorku marność i zła wola zdają się zatapiać półwysep i okoliczne wyspy, lecz przynajmniej żal mi było niewinnego dziecka, zakatowanego przez sąsiadów.

W „Mgle” nie ostał się już nikt. Zupełnie nikt, komu można by dobrze życzyć, albo go pożałować. Mieszkańcy Città di Sant’Angelo są bezmyślnie okrutni, chciwi i pełni wzgardy. Taplają się w gnoju dosłownie i w przenośni. Brzezińska opisuje zadowolonych z siebie gwałcicieli, złodziei i morderców. Przemoc jest tak powszechna, że nikogo nie dziwi. Seks jest brudny i plugawy, nikomu się nawet nie wymsknie słowo „miłość”. Duchowieństwo jest zepsute do szpiku kości, myśli jedynie o wyłudzaniu pieniędzy, chędożeniu i żarciu, w Mieście Świętego Anioła nie uchował się najwidoczniej nawet jeden biedny, wyśmiewany przez współbraci mnich, dla którego wiara byłaby czymś więcej niż tylko narzędziem wyzysku i pretekstem do zabijania. Zresztą wszystko na kartach tej książki jest jakieś obmierzłe, nawet jak opisany został wiosenny pejzaż, Brzezińska przydała mu grupkę dzieciaków trącających wzdęte truchło kota. Przeczytałam kiedyś, że sercem literatury jest konflikt. We „Mgle” nie ma go wyraźnie zarysowanego, ponieważ nie ma odpowiednio wybijających się na pierwszy plan postaci, które by go „poniosły” przez książkę. Owszem, Draco marzy o zabiciu smoka, czeladnicy nienawidzą cechowych mistrzów, którzy ich wyzyskują, a całemu krajowi grozi inwazja, ale ponieważ wszyscy tu są podli i plugawi, śledziłam wydarzenia bez zaangażowania emocjonalnego. Jak miałam żałować Città di Sant’Angelo, miasta łajdaków, istnej ludzkiej mierzwy? A niechże sczezną oni i przepadną, jeden wart drugiego, zasłużyli na swój los.

Ktokolwiek czyta tę recenzję, pewnie domyślił się już, że nie gustuję w turpizmie. Rozumiem go jeszcze, jeśli jest środkiem stosowanym, by wstrząsnąć odbiorcą i przy okazji coś ważnego przekazać. A tutaj? Ani to rozrywka godziwa, ani nauka z tego nie płynie. Jeśli „Mgła” miałaby odzwierciedlać sposób funkcjonowania społeczeństw w przeszłości (Brzezińska jest z wykształcenia historykiem i w wywiadzie przyznaje, że czytała źródła z czasów schyłku Średniowiecza), to cud zaiste, że ludzkość wciąż istnieje. Zresztą, nasz świat przecież chyli się ku upadkowi coraz szybciej, a my udajemy, że niczego nie widzimy, niczym zamożni mieszczanie z książki. Może to miała być refleksja, którą czytelnik miał wynieść? Tyle, że cóż po takim ostrzeżeniu, jeśli nie ma tu nawet cienia nadziei, czegoś, co mogłoby zadziałać motywująco, no chyba, że chodziło o nadzieję, że zanim mury zwalą się nam na głowy, rozwścieczony tłum dopadnie upasionych na ludzkiej krzywdzie bogaczy.

PS. Z kwestii wydawniczych – okładka jest szpetna, ta zwichrowana perspektywa (rozumiem, że to fragment starego obrazu, ale doprawdy, nie dało się ładniejszego znaleźć?), mięsny róż i krój liter. Róż zresztą prześladuje czytelnika także na wyklejkach. Nie bardzo rozumiem, po co, przy takiej brzydocie twarda oprawa.