Beatrycze Nowicka Opowiadania

Znak i omen (recenzja, 03.03.2024)

Zmierzch w Hogwarcie

Marah Woolf, wyd. Jaguar

Pierwszy tom trylogii

„Wiccańskie kredo” (nie lepiej byłoby raczej albo „Wikańskie kredo” albo „Wiccańskie credo”?)

Beatrycze Nowicka: 5/10

Recenzowana ostatnio „Bogobójczyni” okazała się tak słaba, że nawet nie śmieszna, tymczasem ochota na jakieś lekkie fantasy mnie nie opuściła. Tak oto w mych rękach znalazł się „Znak i omen”. Samej przed sobą mi wstyd, że zdarza mi się sięgać po fantastyczne romanse. Przyznać się muszę, iż najzwyczajniej w świecie lubię czytać o rozwijających się relacjach damsko-męskich. Oczywiście nie pogniewałabym się, gdyby to wszystko było pisane lepiej, ale nawet jak nie jest, to od czasu do czasu potrzeba okazuje się na tyle przemożna, bym skusiła się na kolejny tytuł.

Przeczytałam kilka tego typu książek autorek anglojęzycznych, pomyślałam więc, że sprawdzę, jak to wygląda w wykonaniu Niemki. Marah Woolf, bo to o niej mowa, tempo ma zaiste ekspresowe – od 2011 pod dwoma pseudonimami opublikowała około czterdziestu powieści. Sądząc z opisów kilku innych jej książek, receptą na wysoką wydajność jest budowanie kolejnych serii na podobnych schematach fabularnych. Trzeba przynajmniej oddać autorce, że pisze dosyć potoczyście, przez co lektura nie nuży (po przeczytaniu otwierającego powieść „wiersza” obawiałam się najgorszego, dalej jednak było znacznie lepiej, wyjąwszy tradycyjnie kiczowate scenki około-romansowe).

„Znak i omen” jest raczej typowy dla konwencji. Przynajmniej oprócz wątku miłosnego jest tu szerzej zakrojona intryga, nie sprawiająca jedynie tła dla uniesień głównej bohaterki. Zdecydowanie rozczarował mnie obiekt uczuć protagonistki. W opisie okładkowym padło słowo „strzygoń” i w wyobraźni zobaczyłam chudego, rozczochranego chłopaka o ciętym dowcipie. Pomyślałam, że o kimś takim chciałabym poczytać.

Niestety, szybko się okazało, że dla Woolf strzygoń to inna nazwa wampira, ten zaś nie różni się zbytnio od bohaterów innych post-Zmierzchowych fantazji. Nierzadko złościł mnie stereotyp bohaterki wczesnej fantasy jako seks-nagrody dla protagonisty. Tyle że teraz, kiedy za pisanie w tej konwencji masowo wzięły się kobiety, sytuacja nierzadko się odwraca – karty książek zaludniają tabuny pozbawionych osobowości karykatur samców alfa. Na Mrocznych Bogów z Kor Yuban, ja chcę znaleźć w powieści mężczyznę, a nie dildo na nóżkach…

Nikolai Lazar, bo tak nazywa się obiekt westchnień i żądz głównej bohaterki, okazał się najmniej ciekawą spośród wszystkich postaci. Nie chcąc wystawiać niecierpliwości czytelniczek na próbę, Woolf każe mu odwiedzić karczmę, w której pracuje Valea, już na samym początku książki. Przystojny wampir robi na dziewczynie piorunujące wrażenie. Kolega z paczki RPGowej z czasów studenckich, miał na to określenie, które wydawało mi się obraźliwe względem kobiet, niemniej w tym przypadku sprawdza się znakomicie, mianowicie „kisiel w majtkach”: „odwróciłam się, uniosłam głowę i serce na moment zamarło mi w piersi. Na jego pięknych ustach zamigotał uśmiech (…). Zdecydowanie przewyższał mnie wzrostem. Przesunęłam wzrokiem po jego prostym nosie, kanciastej szczęce i wróciłam do ust. (…) Jego włosy lśniły (…) czernią jak polerowany heban (…) mierzył mnie wzrokiem spod długich, gęstych rzęs. Miał na sobie czarną pelerynę z delikatnego materiału i białą koszulę z falbaną przy kołnierzu. (…) Na umięśnionych nogach miał skórzane spodnie, wpuszczone w czarne kozaki wypastowane na wysoki połysk. Cała jego postać zdawała się imponująca, ale twarz nie miała sobie równych, tak był przystojny. Podszedł i pochylił głowę, stosownie hamowana dzikość w jego drobnych ruchach sprawiła, że przeszły mnie ciarki”. Swego czasu czytałam artykuł o włoskim modelu Fabiu Lanzoni, którego zdjęcia kilka dekad temu masowo zdobiły okładki romansów – wzmianka o szczęce Nikolaia wywołała we mnie skojarzenie właśnie z nim (nie mój typ, kompletnie). Kilka stron dalej pan chodząca fontanna testosteronu – jakże oryginalnie – ratuje Valeę przed gwałtem i odprowadza do domu, gdzie dziewczyna zaciąga go do łóżka (szybko, trzeba przyznać, zwykle w tego typu książkach odwlekanie scenki erotycznej stanowi główny sposób przykucia uwagi czytelniczek). Później bohaterowie rozdzielają się, by ponownie spotkać już w innych okolicznościach, gdzie ich relacja się rozwija, oczywiście z przeszkodami. Nadal nie rozumiem fenomenu takich postaci, jak Nikolai. Apodyktyczny, kontrolujący (ale, oczywiście, to wszystko z troski o najbliższych), skory do gniewu, śmiertelnie poważny – nad tym bohaterem wręcz unosi się neonowy napis „NIE NADAJE SIĘ NA TRWAŁY, ZDROWY ZWIĄZEK”. Dlaczego autorki wciąż i wciąż obsadzają takie typy w roli spełnienia kobiecych marzeń?

Valea przynajmniej ma nieco więcej cech niż Nikolai, nie wystarczają one jednak, by uczynić ją  interesującą. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że narracja pierwszoosobowa nie jest wcale łatwa. To trzeba zrobić ze swadą, albo zaprezentować ciekawe przemyślenia. Tymczasem dziewczyna głównie relacjonuje akcję, zapewnia, jaka to jest dzielna i zdeterminowana oraz opisuje swoje uczucia. W dodatku Woolf traktuje czytelnika jak idiotę, każąc Valei wyjaśniać oczywistości i podsumowywać dialogi w stylu:  „– Bardzo ją kochasz? (…) – Nad życie. (…) Przysięgłem ojcu, że ją uratuję. (…) Dla swojej siostry byłby skłonny ponieść każdą ofiarę i nawet iść po trupach”, „ Pokażesz mi to? – Jasne. – nie miałam przed nim nic do ukrycia.” Jakże oryginalnie, bohaterka jest sierotą o nie do końca wyjaśnionym pochodzeniu. Dysponuje jedynie słabą magiczną mocą, ale czy ktokolwiek sądzi, że tak pozostanie?

Ciekawiej prezentują się postaci drugoplanowe, częściowo dlatego, że czytelnik może sobie sam dopowiedzieć pewne rzeczy. Woolf obdarzyła ich dość charakterystycznym wyglądem i choć nadal stosunkowo łatwo wpasować ich w pewne typy, to i tak są barwniejsi od protagonistów, a ich wzajemne relacje wzbudzają większe zainteresowanie, niż to, co się dzieje pomiędzy Valeą a Nikolaiem.

Szczęśliwie, przez całkiem sporą część książki wątek tych dwojga nie wysuwa się na plan pierwszy. Oto dziewczyna, po latach wychowywania się wśród ludzi, wraca do świata magicznych istot. Tam spotyka swoją rodzinę, w tym osoby, które uważała za martwe – tutaj pierwszy plus, mianowicie taki, że Woolf wcale nie przedstawiła tego spotkania w sposób sielankowy, bliscy nie padają sobie w objęcia ze łzami w oczach. Okazuje się też, że od Valei oczekuje się pomocy w śledztwie dotyczącym morderstwa młodej magiczki, wysłanej do biblioteki, gdzie różne „rasy” mieszkańców magicznego świata spotykają się studiować stare księgi. Bohaterka udaje się tam, by niedługo po przybyciu usłyszeć o powracającym złu, w postaci potężnej czarownicy.

Nie jest tak, że Valea w ogóle nie zajmuje się swoim dochodzeniem, czy szukaniem sposobu na przeciwstawienie się złowrogiej Celeście, niemniej uwaga autorki kieruje się przede wszystkim na innych gości biblioteki, całą czeredę magicznych nastolatków. To znaczy, niektórzy z nich to ponad trzystuletnie wampiry, nie przeszkadza im to jednak zachowywać się jak uczniowie liceum. Studia nad magicznymi księgami najczęściej odbywają się „poza kadrem”, natomiast większość scen koncentruje się na interakcjach pomiędzy postaciami. Całość nabiera posmaku plotkarskiego – kto z kim jest, jak im się układa, czy coś z tego wyniknie, szok, niedowierzanie i kryzysy w związkach.

Pod koniec akcja przyspiesza i nabiera nieco rozmachu. Woolf serwuje czytelnikom kilka zwrotów fabularnych, z których dwa nawet mnie zaskoczyły. Z życiem rozstają się postaci bliskiego planu, czego również nie spodziewałam się na tym etapie cyklu (jedna z nich po prawdzie ze względu na moc regeneracji nie powinna była zginąć tak łatwo). To również zapisuję powieści na plus.

O świecie do tej pory nie wspominałam, ponieważ stanowi jedynie tło. Teoretycznie mamy tutaj zamki, królów i wiedźmy na miotłach, klimat rozbijają nieco uwagi o papierosowym dymie, czy kolczykach w nosie u jednej z bohaterek.

Przekład wydaje się znośny, choć niepozbawiony niedoróbek, jak choćby: „brakowało mi tego kraju (…) odczuwałam do niego pewne przywiązanie. W Rusce się ono nie aktywowało, jednak tutaj (….) czułam się wreszcie jak w domu.” (przy okazji – tak właściwie w innych miejscach była mowa o Rasce”), „spuścił na nas bombę” (zgaduję, że to dosłownie przetłumaczony idiom), „teraz obecnej głupotą byłoby wzbudzanie niepokoju”.

Dałam taką, a nie inną ocenę, bo „Znak i omen” uważam za lepszy np. od nieszczęsnego „Szklanego tronu”. Jest to książka napisana z myślą o konkretnym czytelniku docelowym (czy raczej czytelniczce). Dla osób z tego grona powieść Woolf może stanowić rozrywkę. Pozostałym nie ma tu co polecać. Jeśli o mnie chodzi, trudno mi powiedzieć, czy sięgnę po części kolejne. Trochę zainteresowały mnie losy postaci drugoplanowych, pytanie, czy to uczucie utrzyma się do premiery tomu drugiego.

W oryginale ukazała się już cała trylogia.

PS. Na koniec cytat, który wydał mi się zabawny. Szkoda, że autorka bardziej nie idzie w tę stronę: „Po prostu się odbij – wymamrotały drzwi.  – Albo polecisz, albo spadniesz. – Wypisz, wymaluj moje życie – odparłam cicho.”