Beatrycze Nowicka Opowiadania

Bogobójczyni (recenzja, 19.02.2024)

Wybranka przeznaczenia w krainie małżeństw jednopłciowych

Hannah Kaner, wyd. Jaguar

Pierwszy tom trylogii „Upadli bogowie”

Beatrycze Nowicka: 3,5/10

Doczekaliśmy czasów paradoksu – kłopotów z nadmiarem i niedoborem jednocześnie. Gdy wpisuję do wyszukiwarki „nowości fantasy”, wyskakuje mi mnóstwo tytułów. Niestety, większość to self-publishing. Zakładam, że w tej powodzi książek wydanych własnym sumptem może trafić się coś naprawdę wartościowego, niestety doświadczenie uczy, że zazwyczaj tak nie jest, a i okładkowe opisy nie brzmią zachęcająco. W dodatku opinie o tych powieściach najczęściej zamieszczają wszelkiej maści krewni i znajomi królika, jednogłośnie wychwalając daną pozycję pod niebiosa. Zwykle dochodzę więc do wniosku, że bezpieczniej kupić coś sygnowanego przez „zwykłego” wydawcę. Oczywiście to także nie gwarantuje wartościowej lektury. Ogólnie mam wrażenie, że na fantastycznym poletku ilość już dawno przeważyła nad jakością, a nawet jeśli wartościowa proza w tej konwencji powstaje, to ma niewielkie szanse przebić się przez grubą warstwę chłamu.

Na „Bogobójczynię” zwróciłam uwagę dzięki okładce – choć zawsze uczono mnie, że jeleń równa się kicz, grafika zapadła mi w pamięć. Nie spodziewałam się niczego specjalnego, a już na pewno nie „olśniewającego debiutu fantasy, idealnego dla fanów >>Wiedźmina<<”. Jako że wydawnictwo specjalizuje się w literaturze dla dzieci i młodzieży, liczyłam na jakąś, niechby i sztampową, lekką opowieść, toczącą się w kolorowym, fantastycznym świecie, niezobowiązująco-relaksującą lekturę na dwa zimowe popołudnia.

Zamiast tego dostałam tęczowej propagandy odsłonę kolejną. Tak szczerze pisząc, naprawdę zastanawiam się, co stoi za falą „woke”. Nigdy nie lubiłam teorii spiskowych, jednak zaczynam sądzić, że tu raczej chodzi o odwracanie uwagi opinii publicznej, kreowanie problemów i potrzeb, niż o jakiekolwiek pozytywne cele. Kilka dekad temu, kiedy postaci nieheteronormatywne były rzadkością, czytałam o nich z zainteresowaniem. Teraz, gdy nierzadko stanowią one większość „obsady” nowych anglojęzycznych powieści fantastycznych, mam już ich serdecznie dosyć.

Dawno temu natknęłam się na ciekawy artykuł o tym, jak kampanie społeczne mogą przynieść efekt przeciwny do zamierzonego – chodziło tam o plakaty z kijem bejsbolowym i podpisem „służy do grania, nie do zabijania”. Okazuje się, że przy pobieżnym czytaniu nasze mózgi zwykle pomijają „nie”, więc jeśli ktoś tylko zerknął na billboard w przelocie, bardziej prawdopodobne jest, że przeczytał „służy do grania i do zabijania.” A jak to się ma do książek i kultury? Natłok postaci o innej orientacji seksualnej w filmach, serialach i książkach, czy zmienianie preferencji znanych i lubianych bohaterów w adaptacjach, zamiast dawać przekaz w rodzaju „to zwykli ludzie są” przesyła informację w stylu „jest ich coraz więcej, zastępują nas, wypierają nas”. Ja od jakiegoś czasu czuję się wręcz osaczona, jeśli chodzi o kwestie książkowe. Lubię w fantasy eskapizm, możliwość wybrania się do krainy wyobraźni. Nie chcę tam polityki i indoktrynacji.

W dodatku w „Bogobójczyni” wszelkie te wątki „inkluzywne” są boleśnie łopatologiczne i nie mają większego sensu. Tytułowa bohaterka w dzieciństwie straciła nogę, co nie przeszkodziło jej zostać świetną wojowniczką, która – jak sama nazwa wskazuje, radzi sobie nie tylko z ludźmi, ale i bóstwami. W jej świecie związki pomiędzy kobietami to najwidoczniej norma – jej przyjaciółki z dzieciństwa w takim żyją. O swoich „mamach” napomyka kilkukrotnie drugi z trójki protagonistów (trzecia postać była dla odmiany wychowywana przez samotną matkę). Jedna z napotkanych bohaterek trzecioplanowych wspomina o swojej żonie. O ile jeszcze w takiej „Pamięci zwanej imperium” Arkady Martine opisała społeczeństwa zaawansowane technologicznie, gdzie ludzie rozmnażają się „pozamacicznie”, więc popularność związków homoseksualnych nie wpływa na demografię, akcja powieści Hannah Kaner toczy się w typowym settingu fantasy – rycerze, zamki, królowie i temu podobne. W takim świecie śmiertelność dzieci jest wysoka, więc szanse na przetrwanie mają te kultury, które wywierają presję na swoich członków w kwestii posiadania licznego potomstwa.

Pomysły autorki bywają wręcz karykaturalne. Oto wspomniana wyżej niepełnosprawna biseksualna wojowniczka (w jednym z początkowych rozdziałów nagabuje dziewkę karczemną, w związku z czym zastanawiam się, czy gdyby w tej scenie zamiast niej został opisany mężczyzna, nie podniosłyby się głosy o szowinizm) spotyka dziewczynkę-wybrankę przeznaczenia (dość łatwo domyślić się, kim ona tak naprawdę jest i skąd się biorą jej moce), a później dołączają do grupki pielgrzymów wędrujących do ruin miasta, gdzie wciąż można znaleźć starszych bogów. W owej pielgrzymce udział biorą: trzy kobiety, chyba pozostające w jakimś bliższym związku, które idą tam prosić o eutanazję, oraz jedyna w tej książce heteroseksualna para małżonków, marząca o tym, aby bóstwa… wysterylizowały kobietę, gdyż ta boi się ciąży i porodu. Jest też młody chłopak, ale ginie, zanim czytelnik poznaje jego problem (mam kilka pomysłów, co by to mogło być, aby dopełnić powyższą listę). Oraz trzeci główny bohater – rycerz, który identyfikuje się jako piekarz, a o swoim królu myśli w sposób każący zastanowić się nad naturą żywionych do władcy uczuć.

Fabuła „Bogobójczyni” polega na wędrówce z punktu A do punktu B, w którym wreszcie coś się dzieje. W zakończeniu autorka wybrała mniej wyświechtaną opcję, co stanowi jeden z niewielu pozytywnych aspektów książki. Pomysł z bogami, żywiącymi się oddaniem i ofiarami wyznawców, choć nie oryginalny, miał potencjał. Widać, że Kaner włożyła nieco wysiłku w opisy, niestety nie udało jej się – przynajmniej w moim odczuciu – stworzyć wrażenia spójnego, barwnego, przekonującego świata przedstawionego. Także postaciom czegoś brakuje. Same koncepcje wyjściowe nie były złe i mogłyby stać się podwaliną dla stworzenia ciekawych bohaterów. Jednak cała trójka nie wzbudziła we mnie głębszych uczuć, a po tygodniu od lektury wyblakła w mej pamięci. Motyw przedstawiania w fantasy dzieciństwa głównych bohaterów został już do bólu zgrany, więc rozumiem, dlaczego autorzy zaczęli go unikać. Jednak wprowadzanie na scenę dorosłych zazwyczaj się nie sprawdza, po prostu nie „czuje się” tych postaci i ich motywacji. Zdolnemu pisarzowi mogłyby wystarczyć retrospekcje, albo umiejętnie zastosowane niedopowiedzenia. Niestety większość autorów zadowala się prostymi wyjaśnieniami lub krótkimi scenkami z przeszłości bohaterów, co nie daje przekonującego efektu. W powieści zabrakło też dobrych dialogów, które tchnęłyby w całość więcej życia.

Doczytałam „Bogobójczynię” tylko dlatego, że uznałam, iż skoro już wydałam na nią własne pieniądze, to niech przynajmniej mam z tego recenzję. Po tom kolejny sięgać nie zamierzam.

Anglojęzyczne wydanie tomu drugiego zapowiadane jest na marzec 2024. Znając obecne tempo wydawnicze, zapewne całość ukaże się wkrótce i zostanie względnie szybko przetłumaczona. Ja na kolejne tomy nie czekam.