Beatrycze Nowicka Opowiadania

Ania z Zielonego Wzgórza (artykuł, 25.01.2024)

Powrót do Avonlea

Lucy Maud Montgomery, wyd. Nasza Księgarnia

Pierwszy tom cyklu o Ani Shirley

Beatrycze Nowicka

Uwaga – jako że nie jest to recenzja, a przy tym dotyczy pozycji dość powszechnie znanej, w artykule zdradzam wydarzenia z fabuły. Miejscami będzie też nieco sentymentalnie, ale tak już bywa, gdy wraca się do lektur z dzieciństwa.

Przypływy nostalgii

Jak już nieraz pisałam, od jakiegoś czasu zdecydowana większość premier fantasy nie przypada mi do gustu, a tymczasem głód książkowy nie ustaje. Zaczęłam więc częściej sięgać po literaturę faktu, zdarza mi się też wracać do niektórych lektur. Tak właśnie było ze starym wydaniem „Ani z Zielonego Wzgórza”.

Co ciekawe, jako dziecko nie byłam wielką wielbicielką tej książki – choć może po prostu nie chciałam się do tego przyznać. Ania w końcu była taka „dziewczyńska”, a ja w owych czasach najbardziej lubiłam książki Jamesa Olivera Curwooda o dalekiej północy i rozmyślałam o tym, że lepiej byłoby być chłopcem, ponieważ mężczyźni mają ciekawsze życie. Co zabawne, lata później, podczas jednego ze spotkań paczki RPGowej dwójka kolegów zaczęła z całkiem sporym zapałem rozprawiać o Ani. Okazało się, że była to jedna z bardziej lubianych przez nich książek dzieciństwa. Wracając zaś do mnie – choć powieści przygodowe budziły we mnie najwięcej ekscytacji, sporo czytałam też literatury dla dzieci i młodzieży tematycznie pokrewnej „Ani…”: „Dzieci z Bullerbyn”, „Tajemniczy ogród”, historię Heidi, serię „Domek na prerii” i szereg innych, których tytuły uleciały z mojej pamięci (nijak np. nie mogę odszukać powieści o porzuconej przez matkę dziewczynce wychowywanej na małej wysepce przez dziadka latarnika). Gdy byłam nieco starsza, miałam też fazę, w czasie której chętnie czytałam o dziewczętach uczących się w szkołach z internatem (z tytułu pamiętam jedynie „Tajemnicę Abigél”). I trzeba powiedzieć, że obok powieści Astrid Lindgren „Ania z Zielonego Wzgórza” okazała się jedną z najlepiej zapamiętanych spośród wyżej wymienionych pozycji. Przybycie bohaterki do domu Cuthbertów, „spojenie” Diany winem porzeczkowym, nieszczęsne skutki próby farbowania włosów oraz wymarzona sukienka z bufkami od Mateusza – wszystko to zachowało się w mej pamięci lepiej niż wydarzenia z wielu innych książek, także tych, które czytałam kilka tygodni temu.

„Ania z Zielonego Wzgórza” wydana przez Naszą Księgarnię w 1970 roku ma w sobie niezaprzeczalny urok – oklejona żółtym płótnem oprawa ozdobiona portretem tytułowej bohaterki, pożółkłe stronice, udane rysunkowe ilustracje Bogdana Zieleńca. Stare, pierwsze polskie tłumaczenie Rozalii Bernsteinowej. W wielu miejscach zaznaczenia ołówkiem, gdzieniegdzie wypisane niewyrobionym jeszcze, okrągłym dziecinnym pismem słowa, wyglądające na notatki do wypracowania. Zapewne mojej matki. Trzymając tę książkę w ręku, ma się wrażenie, jakby trzymało się przeszłość.

Kwestie translatorskie

Przekładów „Ani…” na polski było kilkanaście, sporo też na ten temat pisano. Tłumaczeniu Bernsteinowej dużo zarzucano – przede wszystkim „spolszczenie” treści (choćby zmiana niektórych słów – domy stały się dworkami, Rachela Małgorzatą, hymny przypowieściami, w wiosennym lesie nie wiedzieć czemu kwitną astry), dodawanie wyrażeń („White Way” stała się oto „Białą Drogą Rozkoszy”), usuwanie niektórych niewygodnych (czyli mogących zakłócić dosyć sielankowy nastrój całości) fragmentów, czy wręcz błędy. Gdyby rzecz dotyczyła współcześnie wydawanej książki, takie podejście z pewnością wzbudziłoby mój zdecydowany sprzeciw.

Tutaj jednak trudno mi się złościć. Rozumiem, że tłumaczka zmieniła „Anię…” znacznie bardziej, niż powinna. Gdy spojrzeć na fragmenty oryginalnego tekstu, nie są one aż tak przesłodzone i sentymentalne, do tego język jawi się całkiem współcześnie. Tyle że to właśnie „Ania…” Bernsteinowej była Anią mojego dzieciństwa. Swego czasu w ręce trafiła mi „Fredzia Phi-Phi” i zupełnie nie miałam ochoty tego czytać. „Kubuś Puchatek” w przekładzie Ireny Tuwim jest już przecież kultowy. Wracając do takich książek chcielibyśmy powrócić do przeszłości i do siebie z przeszłości. Stąd pewnie przywiązanie do tłumaczenia już znanego. W dodatku jego staroświeckie brzmienie podkreśla, że mamy do czynienia z książką sprzed ponad stulecia. Być może kiedyś z ciekawości zapoznam się z jakimś nowszym przekładem, na razie jednak z przyjemnością odświeżyłam sobie wersję z 1911 roku.

Wstępując ponownie do tej samej rzeki

Odwiedzenie miejsc pamiętanych z dzieciństwa zwykle kończy się rozczarowaniem. Nawet jeśli nie zostały zniszczone, zmieniło się w nich niejedno i wizyta tam boleśnie uświadamia oczywistość, z którą tak trudno się niekiedy pogodzić – że czasu cofnąć się nie da.

Sztuka i literatura są pod tym względem lepsze, bo jeśli chcemy, możemy wysłuchać dokładnie tej samej wersji piosenki, czy przeczytać raz jeszcze tę samą starą książkę lub jej nowsze, ale niezmienione wydanie. Choć i tutaj powrót jest iluzoryczny, ponieważ my się zmieniliśmy i nigdy już nie spojrzymy na dany utwór tak, jak to robiliśmy mając lat naście.

Czytając „Anię…” raz jeszcze, dostrzegłam w niej łagodną satyrę na społeczność Avonlea, której nawet „osłodzony” przekład nie był w stanie zamaskować. Montgomery przygląda się swoim bohaterom z czułością, jednak nie bezkrytycznie, od czasu do czasu wplatając ironiczne uwagi, jak choćby ta o pani Linde: „należała ona do tych zachwycających i bardzo lubianych osób, które szczycą się tym, że bezwzględnie i wprost wypowiadają swe zdanie każdemu”.

Trudno też nie zamyślić się na temat dzieci z sierocińców, najwyraźniej adoptowanych w charakterze taniej siły roboczej. Podobno Bernsteinowa wyrzuciła fragmenty podkreślające te kwestie, ale i z tego, co zostało, jawi się obraz niewesoły. Mówiąc o planach ściągnięcia na Zielone Wzgórze chłopca, Maryla wypowiada się o dziecku, jakby było sprzętem domowym, a nie człowiekiem: „początkowo myślał Mateusz o jakimś chłopcu z Anglii. Ale ja nie chciałam się na to zgodzić. >>Być może, iż to bardzo odpowiedni nabytek, nie przeczę – rzekłam – ale nie chcę znać uliczników Londynu. (…)<< Postanowiliśmy prosić panią Spencer, aby gdy pojedzie po dziewczynkę dla siebie, wybrała dla nas chłopca (…) ładnego, zdrowego dziesięcio- lub jedenastoletniego.” Albo taki fragment: „przygotowała dla oczekiwanego chłopca izdebkę obok kuchni. Lecz mimo że był to kąt czysty i jasny, nie wydawał się odpowiedni dla dziewczynki. Wobec tego, że o przyjęciu takiej bezdomnej istoty w gościnnym pokoju nie mogło być mowy, pozostawał tylko wychodzący na wschód pokoiczek na facjatce.”

Przypomina nam „Ania…” o sytuacji kobiet: „matka moja była także nauczycielką w liceum, ale kiedy wyszła za mąż za mego ojca, rzuciła, rozumie się, posadę. Przecież mąż to już wystarczające zajęcie…”. Uwagę zwraca też sposób wychowywania – nieustannie kładziony nacisk, by dziewczynka była grzeczna, miła, posłuszna, skromna i uczynna. Gdy Gilbert wyśmiewa Anię a ona w odwecie uderza go tabliczką, wywołuje to wielkie oburzenie nauczyciela, który – mimo iż chłopiec od razu przyznaje się do winy – karze tylko dziewczynkę, przekonany, że „powinna starać się panować nad swą złością” (przypomniało mi to sytuację opowiedzianą przez moją babcię, która podobnie jak Ania, wściekła z powodu jakiegoś przytyku, uderzyła kolegę z klasy – gdy się z tego wyspowiadała, pokutę odprawiać musiała przez rok). Także następnego dnia, gdy Ania spóźnia się razem z chłopcami po przerwie, konsekwencje dotykają wyłącznie ją. Nauczycielka, która jakiś czas później zastępuje pana Philipsa, zabrania swojej uczennicy czytać historii niesamowitych, najwyraźniej uznając je za lekturę nieodpowiednią dla dorastających dziewcząt.

W powieści widać jednak, że sytuacja powoli się zmienia. Ania walczy o swoje, zauważa też i nie zgadza się na niesprawiedliwość, z jaką została potraktowana w szkole (co więcej, rację przyznaje jej nawet Małgorzata Linde). Mieszkanki Avonlea interesują się polityką i biorą czynny udział w życiu społeczności. Maryla wspiera dążenia Ani do zdobycia wykształcenia, uważając, że każda kobieta powinna móc się samodzielnie utrzymać, niezależnie od tego, jaką drogę życia ostatecznie wybierze. Wzmiankowana wyżej nauczycielka wprowadza zmiany w szkole (lekcje przyrody oparte na obserwacjach z natury, ćwiczenia gimnastyczne) i zachęca swoich podopiecznych płci obojga do dalszej edukacji. Panna Shirley, dopingowana przez najbliższych kończy szkołę średnią i zdobywa stypendium dla studentów.

Na ile to kwestia przekładu, a na ile oryginału, nie wiem – w każdym razie, nierzadko podczas lektury lukier człowieka zalewa. Miewa to swój urok, jednak granica przesady bywa przekraczana całkiem często. Do tego dochodzi irytujący dydaktyzm, choćby te wszystkie wynurzenia Ani o tym, jak to stara się być dobra (w oryginalnym tekście mogło to być pisane z humorem i ową nutą ironii – oto dziewczynka znowu coś zbroiła, a teraz się gorąco zarzeka). Trudno nie uśmiechnąć się pod nosem, czytając zdania w rodzaju: „w powietrzu unosił się ostry, orzeźwiający zapach, którym rozkoszowały się dziewczęta dążące żwawo i chętnie do szkoły”, „pragnę z całych sił zająć się nauką! – oświadczyła, przyniósłszy ze strychu wszystkie książki”. W innym miejscu Ania wygłasza natchniony monolog, jak to lepiej jest żyć w Avonlea i cieszyć się tym, co się ma, niż być nieszczęśliwym bogaczem. Z duchem tej wypowiedzi zasadniczo się zgadzam, ale całość brzmi nieznośnie pompatycznie.

A skoro już przy wiejskim życiu jesteśmy, to Montgomery pomija jego przyziemne szczegóły – wiadomo, że Cuthbertowie hodują krowy, świnie i kury, lecz w powieści zabrakło opisów oporządzania domowego inwentarza, nie dowiemy się z niej, jak na Wyspie Księcia Edwarda wyglądały wychodki, czy gdzie składowano obornik. O pracy na roli wspominane jest jedynie pokrótce i to niemal wyłącznie w odniesieniu do Mateusza (po narzekaniu na ograniczenia dotykające kobiet trzeba jednak uczciwie przyznać, że ciężką, fizyczną pracą zajmowali się najwyraźniej głównie mężczyźni).

Pisząc „Anię…”, Montgomery czerpała z własnych wspomnień i doświadczeń, zdarzało jej się też wpleść w losy rudowłosej mieszkanki Zielonego Wzgórza wydarzenia z własnego życia. Wydaje się, że bohaterka powieści miała być (choć niekoniecznie było to zamierzone) kimś w rodzaju „ulepszonej wersji” pisarki. Takie wrażenie wywołały we mnie rozliczne ochy i achy, zwłaszcza pod koniec książki. Autorka nie ustaje w zapewnianiu czytelnika, jaka jej bohaterka jest zdolna i nie szczędzi opisów jej triumfów – znakomite występy, świetne wyniki w nauce, zarówno w Avonlea, jak i w miejskim seminarium. Za cokolwiek się Ania w szkole bierze, jest w tym najlepsza (z drobnym wyjątkiem w postaci geometrii). Z łatwością zjednuje sobie sympatię, zarówno rówieśników, jak i dorosłych. Prócz tego panna Shirley wyrasta na urodziwe i pełne wdzięku dziewczę, które podoba się najprzystojniejszemu chłopakowi w szkole. Nie jest tak, że bohaterka całkowicie pozbawiona jest wad, jednak są miejsca, gdzie peany na jej cześć wręcz wyrządzają szkodę tej postaci.

A skoro o wadach mowa, w oczy rzuciło mi się, jak mająca kompleksy z powodu koloru włosów Ania lekko i łatwo wyśmiewa urodę innych: „Karol Sloane jest w tobie śmiertelnie zakochany. Powiedział swojej matce (…) że jesteś najbystrzejszą dziewczynką w szkole. To wszak więcej znaczy niż być ładną. – Co to, to nie – odpowiedziała Ania, wielbicielka piękna – Wolałabym być ładną niż rozumną. Zresztą nie cierpię Karola. Nienawidzę chłopców z wyłupiastymi oczami”, „Józia Pye dąsa się, że nie wyznaczono jej roli, jakiej się spodziewała; chciała być królową elfów. Ależ to byłoby śmieszne, bo czy kto widział kiedy, aby królowa elfów była taka tłusta jak Józia?”, „Alicja Bell ma dopiero szesnaście lat, a dawno (…) upina [włosy] (…) – Gdybym miała garbaty nos Alicji – zawołała Ania – stanowczo nie odważyłabym się”, „nie chciałybyście z pewnością zamienić się z żadną z tych kobiet (…) tą panią w różowych jedwabiach, miłą i dobrą prawdopodobnie, lecz tak otyłą i przysadzistą, że wygląda jak kloc?”, „co by też pani sobie pomyślała, jeśliby jej powiedziano, że jest niezgrabna i tłusta” (w tym ostatnim przypadku Małgorzata sama była sobie winna, nazywając dziewczynkę „chudym i nędznym stworzeniem”). Choć to akurat jest realistyczne, bo twierdzenie, że wygląd nie ma znaczenia jest zaklinaniem rzeczywistości, czy tego chcemy, czy nie, dzieci zaś bywają szczególnie okrutne w swoich osądach. Trudno też, by Ania, nasłuchawszy się od ludzi o znaczeniu urody dla kobiet, nie przesiąkła tym sposobem myślenia (tu mi się przypomina, jak matka mi kiedyś wyznała, że choć nieraz w życiu ktoś, chcąc ją obrazić, nazwał ją głupią, to nigdy jakoś specjalnie jej to nie zraniło; co innego uwagi w stylu „specjalnie ładna to ty nie jesteś”, które bolą do dziś, gdy je sobie przypomni; i to w dodatku mimo, iż sądząc ze zdjęć była ładną dziewczyną). Swoją drogą, z powtarzalności owych wzmianek o tuszy, tego, że najmniej sympatyczna dziewczynka z Avonlea jest gruba, wreszcie z rozmyślań tym razem nie Ani, a Mateusza: „jest smukła i ładna, a przy tym taka kochająca i dobra, co jest najważniejsze”, wnoszę, że chyba „przeciekły” tu do powieści poglądy autorki. Niezależnie od tego, zdecydowanie wolę przeczytać taką wersję, niż książki kastrowane w duchu politycznej poprawności (drżę na myśl, że jest całkiem prawdopodobne, iż w „postępowej” Kanadzie ktoś wpadnie na pomysł „wyczyszczenia” utworu z „fatfobii”).

Wracając zaś do Ani i jej przywar, to zdziwił mnie jej upór odnośnie Gilberta. Byłam przekonana, że on jej dużo bardziej dokuczał, a nie tylko raz nazwał marchewką, za co zresztą niemal natychmiast przeprosił. Tymczasem dziewczynka obraziła się na niego na lata, ignorując wszelkie próby pogodzenia się. Sama zaś, mając lat piętnaście „bezustannie i niemiłosiernie, acz niesprawiedliwie, żartowała z Karolka Sloane”, tego właśnie, który się w niej podkochiwał, któremu imponowała, ale który miał wyłupiaste oczy. Przysłowiowa mentalność Kalego w pełnej krasie.

Gdy czytałam „Anię…” po raz pierwszy, zdana byłam jedynie na ilustracje, których autor rysował zapewne z wyobraźni (dość rzec, że dom Cuthbertów, przez Bernsteinową nazwany dworkiem, na rysunku Zieleńca istotnie wygląda jak dworek – tradycyjny, polski, z łamanym dachem i gankiem z kolumienkami). Teraz, w dobie Internetu, kilkoma kliknięciami można wybrać się na wirtualną przechadzkę po miejscach, które zainspirowały pisarkę. Trochę mnie one rozczarowały, to chyba kwestia urody książkowych opisów i znowu tłumaczenia – pojawiające się w nazwach polskiego przekładu wzgórza (Zielone i Sosnowe) sugerują jakieś wyższe wzniesienia. Tymczasem to rejon typowo nadmorski, raczej płaski, co najwyżej lekko sfalowany. Do tego dochodzi upływ czasu – choć nadal jest tam dosyć zielono, lasy to ledwie niewielkie spłachetki, a na zdjęciach satelitarnych straszą ogromne parkingi. „Dom Ani” czyli pierwowzór Zielonego Wzgórza (czy też Zielonych Szczytów), obecnie muzeum, jest urokliwym miejscem, ale już nie odludnym, wtulonym pomiędzy las i pola. Niewielki zagajnik pozostał, poza tym jednak dookoła mamy parking, sklep z pamiątkami i pole golfowe. Przeglądając te zdjęcia uświadomiłam sobie, że Avonlea, jakiego znałam, już nie ma, a nawet więcej – ono nigdy nie istniało.

Wreszcie ostatnia z konfrontacyjnych refleksji, gorzkie zestawienie dwóch fragmentów. Oto cytat z wypowiedzi Ani, gdy ta zrezygnowała ze studiów, by zostać w Avonlea i pomagać Maryli po śmierci Mateusza: „ofiaruję innym to, co posiadam najcenniejszego, i mam nadzieję, że z życia otrzymam w zamian również to, co jest w nim najlepsze”. Książka ukazała się w 1908 roku, więc musiał on wyjść spod pióra Montgomery nieco wcześniej. A to fragment ostatniej notatki pisarki z roku 1942, znalezionej koło jej ciała: „moja sytuacja jest zbyt okropna, by ją wytrzymać, a nikt tego nie dostrzega. Cóż za koniec życia, w którym zawsze starałam się najlepiej, jak umiałam”.

To jednak co trwa…

Dużo pisałam o tym, co się zmieniło w odbiorze, na koniec jednak zostawiłam sobie to, co pozostało. Przede wszystkim piękne, nastrojowe i pobudzające wyobraźnię opisy przyrody. „Ania…” jest pochwałą świata, zachętą, by cieszyć się chwilą. Montgomery nie szczędzi wysiłku, by kreślić przed oczyma czytelnika krajobrazy, odmalowywać przed nim kolejne pory roku na Wyspie Księcia Edwarda, wschody i zachody słońca, uroki lasów, pól i łąk, nocne nieba, mgły, kwiaty, błysk księżyca na falach. Jako dziecko (w dodatku mieszkające w mieście) kochałam takie opisy, teraz też sprawiły mi one wiele radości podczas lektury. Czytałam je powoli, niejako smakując, zamieniając słowa w obrazy. Przyjemnie było znów zanurzyć się w ten świat – po to właśnie (choć nie tylko po to, oczywiście) są książki, by móc zabierać nas w lepsze miejsca.

W znalezionym na sieci artykule na temat powieści autor zastanawiał się nad przyczyną jej popularności w naszym kraju. Kto wie, może właśnie opisy się do tego przyczyniły – przypominają mi się „Pan Tadeusz”, czy „Nad Niemnem” (tego pierwszego po prawdzie organicznie nie znosiłam, w drugim zaś podobały mi się jedynie owe, przeklinane przez pokolenia uczniów, długie fragmenty dotyczące litewskiej przyrody). Wiejskie życie na łonie natury, to, co nazywamy teraz „małą ojczyzną”, przedstawienie niewielkiej, mieszkającej na uboczu społeczności, pewien nostalgiczny rys. Poza tym jednak, w przeciwieństwie do wyżej wzmiankowanych tytułów, „Ania…” została napisana z humorem, a jej akcja nie nudzi, czego nie można powiedzieć o losach Justyny Orzelskiej (nawiasem pisząc, skoro już jesteśmy przy lekturach szkolnych oraz polskiej kulturze, fabuła opowiadania napisanego przez trzynastoletnią Anię na zadanie domowe przypomina mi aż nadto „Balladynę”, co po prawdzie nie świadczy najlepiej o dramacie Słowackiego).

Przygody Ani wciąż mnie bawiły, a czasem wzruszały (nadal łza mi się w oku kręci, gdy czytam o podarowanej sukience). Sama zaś bohaterka, mimo wyżej wzmiankowanych kwestii budziła sympatię, przede wszystkim dzięki bujnej wyobraźni i elokwencji, wyróżniającej ją na tle innych dziecięcych postaci literackich, a także dzięki pewnego rodzaju uporowi, który pozwolił jej pozostać sobą. Cieszy, że Montgomery pozwoliła protagonistce zachować ten rys charakteru, że „wychowawczo” nie przygięła jej do ziemi, nie urobiła na grzeczną panienkę. Ania dorasta, lecz nie zdradza swoich ideałów, zachowuje zapał, zaangażowanie, radość z życia i świata, wrażliwość.

Inna jeszcze sprawa mogła przyczynić się do popularności tej książki, a jest nią pewna wspólnota doświadczeń. Owszem, nie wychowywałyśmy się w Avonlea, ale mimo to pewnie niejedna czytelniczka znajdzie w „Ani…” fragmenty, które będzie mogła odnieść do swojego życia. Dziecięce zabawy, gdzie niepotrzebne dorosłym przedmioty stawały się wykwintnymi strojami, czy porcelanową zastawą (w moim przypadku np. większy kawałek styropianu potrafił przedzierzgnąć się w tratwę, na której, jako rozbitek, płynęłam przez morze). Fantazje i ckliwe pierwsze opowiadania. Własne nazwy (czasem lepiej nie odwiedzać takich miejsc, bo Magiczna Polana może się okazać rozjechanym placykiem na leśnej drodze, gdzie składowane jest drewno, zaś Leśna Świątynia niewielką wypukłością terenu w ciemnym świerkowym zagajniku). Wzruszenia towarzyszące odbieraniu dyplomów. Zapewne dla każdej czytelniczki lista takich punktów wspólnych będzie się nieco różnić.

Historia Ani zawiera w sobie pewne dosyć uniwersalne kwestie, etapy dorastania dziewczyny. Miejscami było to smutne – pozwoliło odgrzebać w sobie uczucia, jakie żywiłam mając naście lat, to poczucie otwierających się możliwości, czekającej na mnie przyszłości. Moje życie ułożyło się całkiem dobrze i zwykle nie żałuję dokonanych wyborów, jednak nigdy już nie będę miała wrażenia, że oto stoję u początku drogi, że wszystko, co najlepsze, dopiero się wydarzy.

Jest też jednak druga strona medalu – lektura Ani i towarzyszące jej refleksje pozwoliły dostrzec, że choć czasu nie można cofnąć, nie wszystko umarło i zostało utracone, wciąż żyje we mnie gdzieś głęboko dziewczynka, która lata temu po raz pierwszy wybrała się na Zielone Wzgórze.