Beatrycze Nowicka Opowiadania

Pocztówka z Mokum (artykuł, 21.01.2024)

Martwa natura z narcyzem

Piotr Oczko, wyd. Znak

Beatrycze Nowicka: 5/10

„Pocztówkę z Mokum” dostałam od kolegi z pracy, który kupił ją sobie za parę złotych na taniej książce, jednak nie odczuwał potrzeby, aby ją zatrzymać, a wiedział, że interesuję się sztuką. Temat wydał mi się ciekawy, ponieważ o kulturze, sztuce i historii Holandii istotnie wiem niewiele (poza najbardziej stereotypowe kwestie wykracza chyba jedynie wiedza, że ten niewielki kraj zasłynął wykonawcami metalu symfonicznego i gatunków pokrewnych). Wzięłam zatem „Pocztówkę…” i zaczęłam ją czytać z nadzieją na poszerzenie horyzontów. Które do pewnego stopnia nastąpiło, ale z poważnymi zgrzytami, wynikającymi ze zdecydowanej nadreprezentacji osoby autora w tekstach.

Teoretycznie formuła polegająca na przeplataniu faktów, obserwacji i ciekawostek przemyśleniami, wspomnieniami i anegdotami z własnego życia nie musiałaby być czymś zniechęcającym do czytania. Tyle że do tego trzeba gawędziarskiego talentu, swady, umiejętności pokazania okruchów życia i refleksji własnych tak, by wzbogacało to lekturę, zamiast sprawiać wrażenie czegoś nachalnego, co zakłóca narrację. Ważne jest też, by autor wydał się odbiorcy kimś sympatycznym, interesującym, kimś, kogo warto posłuchać, z kim może nawet przyjemnie byłoby się spotkać. W tym przypadku tak nie było (choć kolega, który mi tę książkę dał, zna kogoś, kto chodził na zajęcia u autora i ten ktoś sobie ów kurs chwalił).

Aż do teraz wydawało mi się, że komentarze i narracje o „lewactwie, które nienawidzi Polski i na nią pluje”, to jedynie wyraz frustracji internetowych trolli o poglądach konserwatywnych. Czytając, „Pocztówkę…”, przyszło mi jednak na myśl, że znikąd się to nie wzięło. Oto bowiem Piotr Oczko ukochał Holandię (w czym niczego złego nie widzę, jego to gust i jego sprawa), przy której ojczyzna nasza jawi mu się co najmniej marnie. Cierpieniu wywołanemu tym, że zamiast w kraju tulipanów, przyszło mu mieszkać w kraju nad Wisłą, musi niestety autor dawać upust regularnie.

A czyni to w sposób, który przez swoją egzaltację bywa wręcz zabawny (choć nie przestawał mnie przy tym irytować). Oto przykłady: „o holenderskich kolorach można by napisać traktat lub poemat – są nieoczywiste, rozmyte i zgaszone, pełne niedopowiedzeń. Ich nazwy – takie jak barwa kaczych jaj, gołębiowa szarość czy kościana żółć – mówią same za siebie. Kiedy wchodzę w Polsce do mieszkania i widzę ściany pomalowane na kolor jaskrawego łososia lub jadowitych, radosnych kaczeńców, mam ochotę trzasnąć drzwiami”, „gdy jestem w Amsterdamie, zwykle robię na piechotę około dwudziestu kilometrów dziennie, w Krakowie zaś z uporem siedzę w domu. Po co mam się denerwować, patrząc na wszechobecne graffiti, szmaty z reklamami i brudne okna (gdyby to tylko cokolwiek dało, natychmiast dzwoniłbym na policję!)” , „oczy wilgotnieją mi mniej więcej dwa razy w roku. Wejście do samolotu (…) po jakiejś godzinie za oknem pojawia się wreszcie Holandia (…). To jest właśnie ten pierwszy raz. Drugi ma miejsce, gdy wracam”, „na razie pozostała mi emigracja wewnętrzna: żeby nie musieć wzdrygać się dzień w dzień, przeniosłem się w głowie do Holandii”.

Aż przed oczyma duszy mojej ujrzałam scenę – idzie Piotr Oczko w odwiedziny do znajomego, a tam – o, rozpaczy! – ściany w jaskrawych kolorach, więc zawraca na pięcie i wychodzi furkocząc peleryną oraz prychając z odrazy. Albo inna scena, telefon na komendę – „panie władzo, z domu nie mogę wychodzić, brudne okna się na mnie czają.” Zgroza w Dunwich normalnie.

Niemniej, chciałam dać tej książce szansę, więc czytam dalej. Aż doszłam do uwag na temat stylów w malarstwie. Bo wiadomo – przynajmniej autorowi – że impresjonizm jest raczej dla osób o niewyrobionym guście, taka pop-sztuka, kto się głębiej zainteresuje tematem, zmienia swoje preferencje na coś bardziej wykwintnego. Zatem w swoim stylu Piotr Oczko, który, dziecięciem będąc musiał gościom recytować z pamięci wiersze Miłosza, co mówi czytelnikowi co nieco o jego domu rodzinnym i wychowaniu, oznajmia: „kiedy na szkolnej wycieczce koleżanki i koledzy w zachwycie rozbiegli się po paryskim Musée d’Orsay, usiadłem na sofie i wyciągnąłem książkę z plecaka. Nie miałem ochoty na oglądanie tego krzykliwego paskudztwa”. W tym miejscu szlag mnie jasny trafił, a żeby go w pełni zrozumieć, sama muszę co nieco o sobie napisać. Lata temu pojechałyśmy z matką na zorganizowaną kilkudniową wycieczkę do Paryża. Dla mnie jednym z najważniejszych powodów wyjazdu była obecność w planie wizyty we wzmiankowanym wyżej muzeum. Plan wycieczki był jednak, jak to zwykle bywa, przeładowany – tego samego dnia rano Wersal, potem Luwr, potem d’Orsay, a na koniec jeszcze jakiś wieżowiec, z którego mieliśmy podziwiać panoramę miasta (nie wiem po co, skoro byliśmy już wcześniej na Wieży Eiffla). W Luwrze ktoś z grupy się zgubił, więc musieliśmy dość długo czekać na miejscu zbiórki, pod samym muzeum z kolei doszło do jakiegoś nieporozumienia z winy przewodniczki. Koniec końców, na zwiedzanie kilkupiętrowego gmachu zostało 40 minut. 40 minut! Zamiast postać przed obrazami, pokontemplować, starając się je zapamiętać, biegałyśmy jak głupie po salach. Na czasową wystawę Maxa Ernsta nie było nawet możliwości zaglądnąć. Do dziś, gdy o tym pomyślę, od razu budzi się we mnie żądza krwawego mordu na przewodniczce. Dotarłszy więc do „krzykliwego paskudztwa”, zapragnęłam iście po plebejsku zakrzyknąć „a weź, spierdalaj, snobie!”. Książka zaś wylądowała na półce.

Zamierzałam już do niej nie wracać, ale będąc chora i nie mając praktycznie nic innego (choć może czas zacząć po prostu czytać powtórnie to, co mi się kiedyś spodobało), jednak doczytałam. Wydało mi się, że potem było już tego rodzaju fraz mniej, ale to może to ja już się przyzwyczaiłam do maniery autora.

Trzeba napisać, że jak na nie-album wydrukowany na matowym papierze, książka zawiera całkiem dużo przyzwoitej jakości reprodukcji i zdjęć – obrazów, sztuki użytkowej, architektury. To akurat uważam za zaletę. Oczywiście, zgodnie z tak dobitnie przez autora wyartykułowaną niechęcią do jaskrawych kolorów, zaprezentowane malarstwo nader często oznacza się brązowo-buro-brudno-ciemną paletą barw. Choć nie wszystkie obrazy są takie – uwagę zwracają zwłaszcza bogate stroje i suto zastawione stoły.

Nie można też zaprzeczyć, że Piotr Oczko zna wiele ciekawostek na temat holenderskiej sztuki i kultury, interesujące są także jego interpretacje obrazów, nierzadko będących swego rodzaju kalamburami – przedmioty znajdujące się na płótnach nie tylko stanowiły element wystroju namalowanego wnętrza, ale miewały także znaczenie symboliczne. Ciekawe były także informacje dotyczące historii i życia codziennego w kraju wiatraków.

Powrócę jeszcze do cytatów, ponieważ, zaważyły one na całościowym odbiorze: „gdyby ktoś jednak spojrzał w moje anankastyczne wiry, neurotyczne jary, i mroczne odmęty, mógłby się zapewne trochę przerazić” pozwolę sobie zestawić z „mam z Rembrandtem pewien problem. Nie za bardzo go lubię jako człowieka, irytuje mnie zwłaszcza jego autoportretowa bufonada, mówiąca o wybujałym ego malarza”.

Pod koniec zaś Piotr Oczko stwierdza: „nie idealizuję Holendrów (…). Ale mimo to wolę ich od zakompleksionych frustratów i hipokrytów żyjących mrzonkami o narodowej przeszłości i potędze”. Autor może i nie żyje mrzonkami o przeszłości, ale rzekłabym, że frustracji i kompleksów jest w „Pocztówce…” całkiem sporo. Co zaś do hipokryzji – oto w pewnym momencie Oczko wychwala jednolity kolor płotów i dobór krzewów w przydomowych ogrodach w pewnej dzielnicy i wspomina, że gdy rozmawiał o tym ze znajomym Holendrem, ten zdziwił się, czemu w Polsce tak nie można zrobić, bo „najwyraźniej nigdy nie słyszał o sobiepańskim sarmatyzmie”. Tymczasem w innym eseju-rozdziale autor pisze, że marzy o tym, by jego prochy rozsypać w Holandii: „upatrzyłem sobie miejsce przy Kanale Lejdejskim (…) To wbrew przepisom, bo w Amsterdamie prochy można wrzucać tylko do Amsteli”. Aczkolwiek przynajmniej uczciwie stwierdza, że na przeprowadzkę do holenderskiej ziemi obiecanej zwyczajnie go nie stać, nie chce też zostawiać rodziców.

Na sam koniec pomyślałam sobie, że tak po prawdzie to przecież – jeśli wierzyć autorowi – to on jest nieszczęśliwy, a ja mam od niego lepiej. Choćby dlatego, że nie żałuję, iż przyszło mi żyć tu, gdzie żyję.