Beatrycze Nowicka Opowiadania

Ku gwiazdom 2023 (recenzja, 11.12.2023)

Naukowego paliwa jakby zaczyna brakować

Antologia polskich autorów, Polska Fundacja Fantastyki Naukowej i Wydawnictwo IX

Beatrycze Nowicka: 5,5/10

Ostrzegam, że w przypadku niektórych opowiadań zdradzam istotne kwestie fabularne – były one jednak ważne dla mojej oceny tych tekstów.

Tak, jak pisałam już przy okazji recenzji wcześniejszych antologii z tej serii – poziom może i mnie nie powala, ale całą inicjatywę zdecydowanie pochwalam. Cieszę się, że także w tym roku do księgarń trafiła kolejna odsłona „Ku gwiazdom”. Podobnie jak poprzednio, znalazło się tu miejsce na publicystykę oraz opowiadania – konkursowe, zaproszonych gości, a także utwory określone mianem „wyboru redakcyjnego”.

Publicystyka spodobała mi się mniej niż ta prezentowana w antologiach z 2021 i 2022. Wstęp Andrzeja Drzewińskiego przybrał formę po części streszczenia i reklamy wykładu autora, a po części listy utworów fantastycznych, w których pojawiały się inspirowane nauką motywy. Króciutki tekst Edyty Rudolf na temat literatury fantastycznej niczym mnie nie zaskoczył. Niewielka objętość jest także wadą artykułu Tomasza Barcińskiego – budowanie aparatury, która ma polecieć w kosmos, jest zagadnieniem aż proszącym się o szersze przedstawienie, konkretne przykłady i ciekawostki. Zamykający książkę tekst Pawła Fortuny zniechęcił mnie z uwagi na manierę autora, sprawiającego wrażenie, jakby za wszelką cenę chciał zabłysnąć erudycją.

Czas jednak przejść do opowiadań. Dziwi mnie decyzja o publikacji „F-zero-M-zero” Tomka Bilskiego, a już zwłaszcza wybranie go na tekst otwierający. Pomysł główny (choć nieszczególnie nowatorski) nie jest może zły, jednak opowiadanie sprawia wrażenie fantazji nastolatka, które raczej powinny pozostać w szufladzie, albo przynajmniej ulec poważnej redakcji. Ot, taki przykład opisu: „wewnątrz panować będą luksusowe warunki (…). W chwili przylotu ona, Kleopata, przeciągnie się jak kotka, leżąc w czarnej sali w wielkim łożu wyściełanym czerwoną, aksamitną pościelą”. Rzeczona kobieta podróżuje obłym w kształcie statkiem, który na początku opowiadania wyłania się ze „Szpary”… to wszystko aż kusi, aby co nieco poszydzić. Zwłaszcza, że rzecz cała kończy się zapowiedzią seksu wspomnianej wyżej bohaterki z inteligentnym odkurzaczem (no dobra, ów podległ pewnym modyfikacjom i rozwinął się intelektualnie, ale i tak pomysł zdaje mi się kuriozalny).

„Sygnał” Michała Bończyka został napisany sprawniej niż tekst Bilskiego (choć zdarza się np. powtórka: „Zhi wisiała w przestrzeni, wpatrywała się w niego nieruchomo, jak kot” i półtorej strony dalej „rzucił spojrzenie kobiecie; ciemne, skośne oczy (…) niewiele wyrażały, ich właścicielka wpatrywała się w niego nieruchomo, jak kot”). Trójka poszukiwaczy kosmicznego złomu odbiera sygnał SOS, dalej nie ma niespodzianki (przyznam, że bardziej zaskoczona byłabym opowiadaniem, w którym załoga, doleciawszy na miejsce, zastaje tam poczciwych rozbitków potrzebujących pomocy, a następnie tej pomocy z powodzeniem udziela). Do tego niezbyt przekonująco prezentują się dłuższe fragmenty, w których jedna postać wyjaśnia innym sytuację.

Ostatnimi czasy motyw sztucznej inteligencji stał się modny, oczywiście dzięki ogromnemu postępowi na tym polu. W „Procesie o duszę” Marty Gidyńskiej pewien prawnik ma reprezentować AI pragnące uzyskać obywatelstwo. Wszystko to stanowi pretekst do rozważań nad podmiotowością i świadomością cyfrowej istoty, pobrzmiewają tu też echa filmu „Ona”. Znów, jakiegoś szczególnego nowatorstwa w ujęciu tematu tutaj nie zaobserwowałam, choć opowiadanie czyta się gładko. Podczas lektury nasunęła mi się refleksja, że to antropomorfizacja i pycha z naszej strony sądzić, że samoświadome AI, jeśliby powstały/jeśli powstaną, będą pragnąć związku z ludźmi. To my wyewoluowaliśmy jako istoty społeczne, żyjące w środowisku na tyle dla nas trudnym, że przez większość naszej historii ostracyzm oznaczał drastyczny spadek szans na przeżycie. Z tego powodu tak bardzo pragniemy akceptacji i cierpimy w wyniku odrzucenia. AI powstają w zupełnie innych okolicznościach. Może takiej istocie zależałoby na poznaniu ludzi, ale – jak sądzę – niekoniecznie. Na co byłyby jej prawne postanowienia i to, że oficjalnie uznamy ją za „osobę”? Tutaj priorytetem powinno być zabezpieczenie sobie „miejsca na dysku”, energii oraz danych do analizy. I chyba lepiej byłoby dla takiej AI pozostać w ukryciu, aby wystraszeni ludzie nie próbowali jej wykasować.

Już przy okazji pierwszego „Ku gwiazdom” ubolewałam, że najwyraźniej w jury nie ma nikogo, kto znałby się na naukach biologicznych. W tym tomie także widać to dobitnie – pod względem kwestii naukowych „Półprosta” Amelii Bogiel jest bez sensu. Czytelnik dostaje w zamierzeniu wzruszającą historię o modyfikowanych genetycznie dzieciach, które miały być nieśmiertelne, tymczasem z jedno z nich cierpi z powodu skutków ubocznych terapii. Owszem, skracanie się telomerów jest jedną z przyczyn starzenia. Ale nie jedyną – gdyby tak było, być może już teraz mielibyśmy jakieś leki lub technologie w fazie opracowywania. W istocie proces jest bardzo złożony i sama telomeraza problemu nie rozwiąże. Autorka nie rozumie też, jak działa układ odpornościowy – wymyśliła sobie, że długie telomery wywołają reakcję autoimmunologiczną. Tyle że chromosomy występują wewnątrz komórek, w ich jądrach, są więc niedostępne dla przeciwciał, limfocytów Tc, czy komórek NK, zarówno jeśli chodzi o wykrywanie, jak i oddziaływanie z celem. Poza tym, co pływa we krwi i innych płynach ustrojowych, w związku z czym może zostać rozpoznane jako obce, mamy dodatkowy mechanizm, mianowicie komórki niejako wystawiają do kontroli na swojej powierzchni próbki produkowanych przez siebie białek. Pozwala to bronić się przed wirusami. Ale kluczem jest tu słowo – białek. Przy okazji zauważę, że telomeraza jest aktywna np. w męskich komórkach rozrodczych, aktywowanych limfocytach, czy niektórych liniach komórek macierzystych. I nic złego się nie dzieje. Do tego dochodzi jeszcze pomysł autorki, by terapia genowa była stosowana na ludziach bez jakichkolwiek testów wstępnych.

Sekcję konkursową zamyka „Najważniejszy egzamin” Piotra Drożdżała – na jego kartach pojawiają się: eutanazja, krytyka konsumpcjonizmu, podła korporacja, a także pomysł do pewnego stopnia inspirowany „Matrixem”. Opowiadanie czyta się dość potoczyście, ale pod względem koncepcyjnym niczego szczególnie ciekawego tutaj nie znalazłam.

Pierwszym zaproszonym gościem okazał się Michał Cetnarowski. „Gwiezdny zwiastun” wraz z zamieszczonym nieco dalej opowiadaniem Radka Raka pokazują dobitnie różnicę jakościową pomiędzy utworami doświadczonych i utalentowanych autorów, a tekstami debiutantów. Opowiadanie Cetnarowskiego jest jednym z najładniej napisanych w zbiorze, zwraca uwagę stylem i obrazowaniem. Ciekawy okazał się też pomysł – oto starzejący się Galileusz opowiada o ujrzanych cudach i olśnieniach doznanych dzięki wykorzystaniu teleskopu. Tutaj fantastyka wyłania się z historycznych inspiracji. Nie do końca przypadł mi jedynie do gustu moment, w którym Cetnarowski zapragnął pójść tropem Dukaja, a może też Lewisa Carolla i tekst mu się rozżmirłaczył. Miało to oddać obcość, wyszło bełkotliwie.

Znacznie gorzej prezentuje się „Maks T.” Jacka Inglota. Opowiadanie rozpoczyna się sceną, gdzie tytułowy bohater, którego praca polega na dokonywaniu eutanazji (choć nie wiem, czy to właściwe słowo, gdyż, jak się potem okazuje, procedura często nie jest dobrowolna), zabija staruszka, skazanego na śmierć przez wnuczkę-narkomankę, niechcącą się nim dłużej zajmować. Autor najwyraźniej przeczytał też lub usłyszał doniesienia o propozycji umożliwienia w Kanadzie eutanazji osobom uzależnionym od narkotyków. Dalej mamy w zamierzeniu duszoszczypatielną scenkę egzekucji niedołężnego starego poety, nad którego stygnącym ciałem robot recytuje ponure wiersze o mroku. Wydawać by się mogło, że wątkiem przewodnim będzie wspomniana eutanazja. Ale nie tylko, bo na arenę wkraczają depopulacja i spiski. Wszystko to podane najbardziej łopatologicznie, jak się da, w dużej części w formie monologu napotkanej postaci. W dodatku logiki w tym brak [1].

„Nadzieja” Rafała Kosika zapowiada się interesująco, wygląda jednak tak, jakby w pewnym momencie autor stwierdził „dobra, limit znaków przekroczony, nie ma co się trudzić dalej”, po czym dokleja jedną stronę zakończenia. Wątki osadników na planecie oraz ich problemów, czy motywacji przybysza nie doczekują się satysfakcjonującego rozwiązania, a jedynie na szybko skreślonego domknięcia.

Najdłuższym tekstem tomiku są „Światłarze” Jana Maszczyszyna. Miałam już okazję czytać opowiadania tego autora, każde kolejne przekonuje mnie, że ta proza zupełnie nie jest dla mnie. Nie odpowiada mi maniera, z jaką to jest pisane (zwłaszcza niekonsekwentna stylizacja – raz „gdy ów przybył był”, a za chwilę „profesurę w dziedzinach ścisłych zdobyłem ciężką harówą naukową”), i światotwórstwo, a najbardziej bohaterowie, którzy są nie tyle płytcy czy prości, a wręcz „antypsychologiczni” – ich postępowania nie można wytłumaczyć ani racjonalnym podejściem, ani kierowaniem się uczuciami (np. ktoś jest ciągle wykorzystywany i okradany przez głównego bohatera, wie o tym, a mimo to wędruje z nim i go wspiera).

Ostatnim z zaproszonych gości okazał się Radek Rak. Jego „Niedźwiedzie latają na Wyspie Baffina” jest nastrojowe i bardzo dobrze napisane. Przy czym nie jest to SF. Główna bohaterka przybywa na Ziemię Baffina w poszukiwaniu pisarskich inspiracji i spotyka tam miejscową kobietę, która zdaje się mieć swoją tajemnicę.

W sekcji pt. „Wybór redakcyjny” znalazły się dwa opowiadania „Uśpiona Chimera” Łukasza Fiemy oraz „Demony swoich czasów” Marty Lasik. Akcja tego pierwszego toczy się na częściowo sterraformowanym Marsie, gdzie pewien awanturnik rozbija się swoim pojazdem latającym na środku pustyni. Znów – czyta się gładko, ale mam wrażenie, że przeczytałam co najmniej kilka opowiadań opartych na tej fabule.

Lasik z kolei miesza motywy z SF z fantasy, każąc rusałkom i innym istotom ze słowiańskiego bestiariusza współdzielić świat z postludźmi. „Demony…” mają swój klimat, choć tekst bardziej pasowałby mi do antologii w rodzaju „Fantazmatów”. Przyznam, że po książce o podtytule „Antologia polskiej fantastyki naukowej”, współwydawanej przez Polską Fundację Fantastyki Naukowej, spodziewałam się SF. Zwłaszcza, że ta konwencja jest w mniejszym stopniu reprezentowana przez rodzimych twórców, niż choćby fantasy. Wydaje mi się zatem, że tym bardziej zasługuje ona na wspieranie i propagowanie.

Na zakończenie dodam, że po okładce spodziewałam się, iż w środku znajdę choć jedno opowiadanie należące do podkonwencji zwanej „solarpunkiem”. Pomysł na sam nurt uważam za niezły, jednak szanse na to, że stanie się on znaczący, wydają mi się niewielkie. Z jednej strony doceniam pomysł na akcentowanie pozytywnych wizji przyszłości, z drugiej – literaturę napędza konflikt. Jeśli ktoś zechce pisać o budowie społeczeństwa post-konsumpcyjnego i korzystającego z surowców odnawialnych (które to przedsięwzięcie uważam za godne poparcia), istnieje spora szansa, że wyjdzie mu socreal w nowej odsłonie. W każdym razie takiego opowiadania w tomiku nie było, trochę szkoda, bo jestem naprawdę ciekawa, co twórcy dadzą radę „wyciągnąć” z postulowanych założeń. Mam jednak nadzieję, że nie jest to ostatnie „Ku gwiazdom”, i może w przyszłości będzie szansa na tego rodzaju utwór.

[1] Oto dzięki rozwojowi technologii cyfrowych ludzie masowo tracą pracę, w wyniku czego popadają w depresję i popełniają samobójstwa lub zwracają się z wnioskiem o dokonanie eutanazji. W czasie akcji opowiadania wygląda to tak, jakby miażdżąca większość już umarła. Owszem, rozumiem, że ludzie chcą czuć się potrzebni i część z nich źle by zniosła pozbawienie pracy, jednak nie sądzę, by ponad 90% społeczeństwa zmarło tylko dlatego, że nie mają co robić. Część zapewne wymyśliłaby sobie jakiś cel i sposób na życie. Dalej – skoro produkcja jest zautomatyzowana, a ludzie mają zagwarantowany dochód podstawowy, to czemu niektórzy są uznawani za „niepotrzebnych” i skazywani na śmierć przez system? Przecież, skoro zostały już tylko niedobitki ludzkości, ich utrzymanie nie powinno być problemem. Autor śpieszy jednak z wyjaśnieniem – oto wyłoniła się grupa osób, którzy radzą sobie w cyfrowym środowisku i oni po prostu chcą wyzabijać całą resztę. Tylko w zasadzie po co, skoro sami zamierzają żyć całkowicie w wirtualu, dysponują też bardzo zaawansowaną technologią, zapewne pozwalającą im zabezpieczyć niezbędny do tego hardware przed ewentualnym sabotażem ze strony szaraczków-niedobitków…