Beatrycze Nowicka Opowiadania

Okruchy jadeitu. Szlifierz z Janloonu (recenzja, 26.11.2023)

Kekoński deser

Fonda Lee, wyd. Mag

Opowiadania i mikropowieść ze świata zielonych kości

Beatrycze Nowicka: 6/10

Historia rodziny Kaulów okazała się najlepszym cyklem fantasy, jaki dane mi było przeczytać w ciągu ostatnich kilku lat. Dlatego chętnie wróciłam do wykreowanego na potrzeby serii uniwersum, sięgając po wydane łącznie „Okruchy jadeitu” oraz „Szlifierza z Janloonu”.

Te pierwsze to niewielki zbiorek czterech opowiadań, których akcja toczy się przed wydarzeniami opisanymi w jadeitowej trylogii. Trzy z nich autorka opublikowała w Internecie, czwarte dodała, gdy zaproponowano jej papierowe wydanie tych historii. Zostały one napisane sprawnie i przyjemnie było raz jeszcze spotkać się z postaciami, które zdążyłam już polubić, zwłaszcza, że znów mogłam ich oglądać młodymi. Niemniej, widać, że Lee jest typem pisarza, któremu lepiej wychodzą dłuższe historie. „Okruchy jadeitu” nie bronią się bowiem jako samodzielne opowieści, z własnymi rozwijającymi się wątkami i zakończeniami, to tylko epizody, przebłyski.

Teoretycznie „Czarownica i jej przyjaciółka” miało opowiadać o przyjaźni pomiędzy Aun Uremayadą i Ayt Madashi w czasie, gdy były one jeszcze młodymi kobietami. Zamiast tego czytelnik dostaje w zasadzie trzy rozmowy – pierwszą, będącą początkiem ich znajomości, drugą, w wyniku której ich drogi się rozeszły, wreszcie trzecią – spotkanie po latach. O samej relacji tych postaci, czy ich wspólnym pobycie w Akademii Wie Lona nie dowiedziałam się wiele, podobnie blady i niedookreślony wydał mi się obraz Czarownicy. Matka Andena zdecydowanie zasługiwała na więcej uwagi autorki.

Podobnie „Nie tylko krew” jest wyłącznie zlepkiem scen obyczajowych. Najważniejsze wydarzenia toczą się tutaj niejako „poza kadrem”, czytelnik może jedynie śledzić kolejne rozmowy. Liczyłam także na nieco ciekawej przedstawione początki znajomości Lana z Andenem – tutaj ten temat został jedynie muśnięty.

W „Lepszym niż jadeit”  Lee opisała z kolei, jak narodziła się miłość pomiędzy Hilem i Wen. Lubiłam te postaci, więc miło było o nich czytać i obserwować ich poczynania, gdy wciąż mieli w sobie tyle entuzjazmu i żaru. Tyle że znów – opowiadanie dotyczyło ich pierwszych randek, a niestety Lee, oględnie pisząc, nie ma smykałki do pisania scenek erotycznych, że zacytuję choćby „zaczął ją eksplorować ustami i placami”, czy „stała się gorejącym seksualnym piekłem”. Zauważyłam to już wcześniej, tyle że w cyklu nie miało to aż takiego znaczenia, ponieważ inne elementy były ważniejsze. Tutaj natomiast uwaga narratora koncentruje się na młodych kochankach.

We „Wnuczce kormoran” znalazła się odrobina akcji, jednak znów jest to tylko epizodzik. Spodziewałam się też, że skoro z „Miasta jadeitu” czytelnik dowiadywał się o tym, jak to Shae odrzuciła wysoką pozycję, jadeit i perspektywy klanowej kariery, po części z urazy, ale po części też by wyjechać z espeńskim ukochanym, to autorka przynajmniej pokaże, co takiego ów w sobie miał. Z opowiadania się jednak tego nie dowiedziałam.

Uważam, że Internet był właściwym miejscem publikacji tych krótkich tekstów, które bardziej przywodzą na myśl sprawniej niż zazwyczaj napisane fanfiki, niż „pełnoprawne” opowiadania. Dla czytelników nieznających tego świata i postaci, raczej nie byłyby one interesujące.

Na szczęście mikropowieść „Szlifierz z Janloonu” prezentuje się już znacznie lepiej. Wystarczyło tu już miejsca na to, by w wystarczającym stopniu nakreślić postaci i ich motywacje, a także poprowadzić interesującą, kryminalną fabułę. Ten ostatni utwór podniósł moją ocenę całego tomiku.

Choć spodziewałam się po „Okruchach…” nieco więcej, nie żałuję lektury. Jest to jednak pozycja skierowana raczej dla fanów cyklu.