Beatrycze Nowicka Opowiadania

Kwiat paproci i inne legendy słowiańskie (recenzja, 05.07.2023)

Lektura leżakowa

Antologia polskich autorów, wyd. Mięta

Beatrycze Nowicka: 5/10

Jak już nieraz wspominałam, lubię zbiory opowiadań, ponadto wraz z końcem semestru wreszcie mam nieco więcej czasu na czytanie – zdecydowałam się zatem sięgnąć po „Kwiat paproci…”, choć, uczciwie pisząc, cudów się nie spodziewałam. I słusznie. Na stronie wydawnictwa można znaleźć informację, że Mięta specjalizuje się w literaturze rozrywkowej – istotnie, antologia wpisuje się w ten trend. Przy czym jest to rozrywka niezobowiązująca, ot, książka na podróż, czy leniwe letnie popołudnie, do przeczytania i zapomnienia.

Zbiór mieści dziesięć utworów, napisanych wyłącznie przez kobiety. Choć w tytule pojawiają się „legendy słowiańskie” nie należy się spodziewać czegoś w rodzaju „Legend polskich”, gdzie autorzy wzięli na warsztat konkretne historie i starali się opowiedzieć je na nowo. Można tu raczej mówić o pewnych inspiracjach czy motywach. Najczęściej przewija się tutaj noc Kupały, bywa, że na kartach zagoszczą postaci ze słowiańskiego bestiariusza. Znalazły tu się opowiadania z akcją toczącą się w ubarwionej fantastycznymi elementami współczesności lub przeszłości, jeszcze inne zabierają czytelnika do całkowicie wymyślonych światów.

Antologię otwiera „REM-X” Pauliny Hendel – rzekłabym, dziwny wybór, bo zazwyczaj na początek wybiera się jeden z lepszych utworów zbiorku, a tymczasem historia odludka-łowcy potworów została dość topornie napisana, a końcowy zwrot akcji ratuje ją ledwie odrobinę.

„Sezon na nowożeńców” Anety Jadowskiej mógłby nosić podtytuł „Chałtura”, gdyż nią właśnie się wydaje. Ot, epizodzik z życia Dory Wilk, pisany chyba głównie z myślą o fanach cyklu, bo fabuła jest tu wręcz pretekstowa.

„Kukuk” przedstawia kilka dni z życia bohaterki cyklu wrocławskiego Marty Kisiel. Napisany przyzwoitym stylem, z dbałością o klimat, niemniej wciąż tylko epizod, urywek. Rozumiem, że przedstawia istotny moment z życia postaci, ale nie znając powieści trudno się nim jakkolwiek przejąć.

A skoro już jestem przy tego typu tekstach-odpryskach większych serii, to kolejnym ich przykładem jest „Noc Kupały w Babiborze”. Małgorzata Starosta zarzuca czytelnika imionami i nazwiskami, a pod względem fabularnym całość sprawia wrażenie prologu do powieści. Coś się dzieje, ale co z tego wyniknie, nie wiadomo. Moim zdaniem „Noc…” nie broni się jako samodzielny utwór.

Choć Marta Krajewska dokładnie nie opisuje miejsca, gdzie toczy się akcja „Malin na śniegu”, przypuszczam, że mogą to być okolice Wilczej Doliny. Gdzieś w pamięci pobrzmiewają mi echa legendy, na której oparto fabułę. Przynajmniej nie jest to kolejny tekst o nastolatkach uprawiających seks z magicznymi istotami, choć to drobna zmiana, bo i tak pojawia się tu wątek zauroczonego ludzką kobietą ducha lasu.

Podobna do tekstu Krajewskiej pod względem klimatu, po trosze tematyki oraz miejsca akcji jest „Iskra niebieska” Martyny Raduchowskiej. I tu, i tu znalazło się miejsce na magiczne istoty, toksycznych mężczyzn oraz kobiety odkrywające w sobie siłę. Jest to najdłuższe opowiadanie zbioru, właściwie baśń, bo trudno traktować inaczej historię, gdzie między innymi mistrzem kowalskiego fachu raz dwa staje się dziewuszka-sierota. Autorka zadbała o opisy przedstawianych miejsc, choć czasami wydają się one nazbyt wysilone. Przynajmniej natrafiłam tu na kilka barwnych pomysłów (powiązania między gwiazdami i duszami, rytuały mówczyni kamieni).

Opowiadanie Agnieszki Kulbat pt. „Dziecina się kwili, matusieńka lili”, toczące się w alternatywnej dawnej Polsce, gdzie słowiańskie bóstwa naprawdę istnieją, pod względem szkieletu fabularnego skojarzyło mi się z jednym z podstawowych schematów przygody do RPG. Główny bohater, obdarzony umiejętnością rozmawiania z duchami, otrzymuje zlecenie od urodziwej dziewczyny, której intencji nie jest do końca pewien. Tekst specjalnie nie zaskakuje, ale przynajmniej coś się w nim dzieje.

Nie przekonała mnie stylistyka, w jakiej Katarzyna Miszczuk napisała „Noc nas tu zastanie” – opowiadanie miało nawiązywać do slasherów, ale sama w horrorach nie gustuję, ponadto miałam okazję iść szlakiem, którym wędrują bohaterowie, i nijak nie jestem w stanie wyobrazić sobie najpopularniejszej chyba trasy w Górach Świętokrzyskich jako miejsca, gdzie może zgubić się i zostać wykończona przez mroczne siły gromadka nastolatków (w dodatku jakby żywcem przeniesiona zza oceanu).

Podobnie zupełnie nie porwało mnie „Na kwiatu urok” Anny Szumacher – miało być śmiesznie, ale mnie nie ubawiło, a i sam pomysł prościuteńki.

Z całej antologii najbardziej spodobał mi się „Wiedźmi kamień” Jagny Rolskiej. Fabuła tu znów prosta, ale przynajmniej miejsce akcji (wieś na mierzei Helskiej) ciekawe i nastrojowo opisane, czuje się odrębność jego mieszkańców.

Podejrzewam, że „Kwiat paproci…” przypadnie do gustu przede wszystkim osobom, które sięgną po niego z uwagi na utwory znanych przez siebie i lubianych autorek. Ja do takich czytelniczek nie należę, więc i nie polecam szczególnie, choć nie czuję też potrzeby zdecydowanie odradzać lektury. Krzynkę to lepsze niż recenzowana przeze mnie swego czasu „Nawia”, ale nie na tyle, by antologia na dłużej zagościła w mej pamięci.