Beatrycze Nowicka Opowiadania

Gdy ziemia miała nas dość (recenzja, 20.08.2022)

Intencje dobre, nieco gorzej z realizacją

Darmowa antologia cyfrowa polskich autorów, Fantazmaty

Beatrycze Nowicka: 5/10

Ekipa od Fantazmatów, regularnie publikująca darmowe, a przy tym zwykle całkiem przyzwoite antologie opowiadań rodzimych autorów, tym razem wzięła na warsztat kwestie związane ze zniszczeniem środowiska naturalnego. Ochrzczono to mianem cli-fi (od climate fiction) i jak Dawid Juraszek wyjaśnia w przedmowie, ma ono dotyczyć „synergistycznie powiązanych problemów środowiska naturalnego, jakie ludzkość ściągnęła sobie na głowę”. Całości przyświeca myśl, którą nieco innymi słowy wyraziła norweska piosenkarka Aurora – „skoro ludzie nie chcą słuchać naukowców, może posłuchają artystów”. Jest w tym metoda: fakty bowiem, jak się okazuje, nadzwyczaj łatwo przychodzi nam odrzucać i bagatelizować, natomiast emocje, gdy już w nas zapadną, mogą doprowadzić do zmiany – niechby wreszcie na lepsze.

Ze względu na założenia antologii pozwolę sobie oceniać ją nie tylko na poziomie literackim, ale także odnosząc się do przesłania. A z tym jest niestety gorzej. Spójrzmy na sam tytuł „Gdy ziemia miała nas dość”, albo opis wydawcy „w odpowiedzi otrzymaliśmy porywające historie ludzi stających do nierównej walki z przyrodą albo jej przerażającym wypaczeniem”. Wreszcie – treść pierwszych dwóch opowiadań (pod względem objętościowym zajmują one niemal połowę zbiorku mieszczącego sześć tekstów) – istotnie mamy tam wyżej wspomnianą walkę. Pomysły zasadzają się na tym, że w pewnym momencie ziemia jak najbardziej dosłownie zbuntowała się przeciwko rabunkowej eksploatacji i teraz zamierza pozbyć się ludzkości. Nawet jeśli pomysłodawcy i autorzy antologii mieli pomysł i zamiary dobre – co im z tego wyszło? Ano historie, w których natura jest wrogiem. Czymś, co trzeba niszczyć, tępić. Dalej pozostajemy w błędnym kole, w schemacie myślenia – my albo oni, my szkodziliśmy środowisku, teraz ono szkodzi nam, ktoś musi być górą, ktoś musi zwyciężyć, agresja, wyzysk i zemsta za niego. Czy tego rodzaju antagonizowanie, narracje oparte na konflikcie z przyrodą, to jest to, czego teraz potrzebujemy? Powiedziałabym, że czas najwyższy, bo ostatni, aby ludzkość zaczęła troszczyć się o swój dom.

Antologię otwierają „Zielone płuca” Agnieszki Zerki, w których niedobitki ludzkości przegrywają walkę ze… zmodyfikowanymi genetycznie drzewami. Ogólnie, miało być o klimacie, choć nie tylko, ale sądząc z tematyki utworów, chyba część autorów bardziej niepokoi inżynieria genetyczna. W opowiadaniu wzmiankowani są, a jakże, źli naukowcy, którzy niby to mieli zaradzić kryzysowi, a tak naprawdę stworzyli potwory. Owszem, podejrzewam, że jeśli za szerzej zakrojoną interwencję weźmiemy się zbyt późno, możemy spowodować więcej szkody, niż pożytku. Niemniej, w imieniu swoim oraz swoich kolegów i koleżanek po fachu, „dziękuję” za kolejny utwór, który powiela szkodliwy stereotyp i dokłada cegiełkę do ogólno-popkulturowego obrazu złego naukowca. W sytuacji, kiedy to właśnie naukowcy próbują ostrzegać przed zagrożeniem, jakie na siebie ściągamy, podważanie zaufania do nas na pewno się przyda… Poza tym historia jest prosta, czytałam już podobne teksty, tylko z innymi istotami dybiącymi na członków odciętej i żyjącej w poczuciu nieustannego zagrożenia grupy ludzi.

„Zerwany kaganiec” Grzegorza Piórkowskiego skojarzył mi się ze światem Ostatniej Rzeczypospolitej Kołodziejczaka, tyle że tym razem dzielni Polacy dają odpór mutantom i stworom zesłanym przez wściekłą Gaję. Dostajemy więc neo-szlachciców z szablami, dowodzących oddziałami wyposażonymi w nowoczesny sprzęt wojskowy, fikuśne świecące mechy, a w finale bohatera pokładającego swoje zaufanie w zaawansowanej technologii. Akcja toczy się dość wartko, głębi tu szczególnej nie ma – dzielny szlachcic wpada w tarapaty i zyskuje urodziwą, a przy tym potężną towarzyszkę.

Zdecydowanie ciekawszym opowiadaniem – przynajmniej dla mnie – okazała się „Pieśń dla wieloryba” Bohadana Pękackiego. Melancholijny tekst porusza, moim zdaniem, bardziej potrzebne struny. Samotny bohater wędruje po spustoszonej Ziemi, z której większość ludzkości uciekła w kosmos. Fabuła jest tutaj bardzo prosta, za to autor wykreował odpowiedni klimat. W pamięć zapada zagadka dotycząca motywacji głównego bohatera, zarówno w czasie jego wędrówki, jak i wydarzeń przez niego wspominanych. „Pieśń…” opowiada o tym, co zostało bezpowrotnie utracone.

Na nieco podobnych nutach gra Dawid Juraszek w „Białym mięsie, czerwonej krwi” – też przedstawia epizody – dwa z nich toczące się w przyszłości, w świecie zniszczonym przez susze i pożary, jeden zaś w przeszłości. Rozumiem, że miało to pokazać, iż nastawiony na eksploatację stosunek człowieka do natury nie jest niczym nowym. Wątki rozgrywające się w przyszłości pokazują różne postawy wobec kryzysu. Jeśli o mnie chodzi, tekst wydał mi się nazbyt skrótowy, nie zdążyłam lepiej poznać bohaterów i zacząć żywić do nich jakichś uczuć. Za to smutno się czytało o zniszczonych lasach w Beskidzie Śląskim (proces ten już postępuje).

„Buran” Stanisława Truchana to historia przygodowa, osadzona niby w świecie po katastrofie, gdzie trzęsienia ziemi spustoszyły Europę i nie tylko, a Polska stała się w większości pustynią… ale jakimś cudem, choć Wisła zmieniła swój bieg i ogólnie trzęsło się solidnie, ocalało przynajmniej kilka zamków na Jurze, która nadal pozostaje atrakcją turystyczną. W opowiadaniu bohaterowie wspominają Pana Samochodzika i faktycznie – w „Buranie” pojawiają się nastolatkowie na tropie zbrodni i skarbów, ale też eko-terorryści, zagraniczni agenci, oraz dzielny funkcjonariusz lokalnych służb mundurowych. Autor splata wątki dosyć chaotycznie, a przy tym lubuje się w zarzucaniu czytelnika informacjami, co czyni w sposób mało finezyjny: „Arek Golik, podekscytowany perspektywą wyjazdu na Jurę Krakowsko-Częstochowską, minął sandomierski ratusz i wygwizdując skoczną melodyjkę ruszył w kierunku skrzyżowania Mickiewicza z Zawichojską. Dotarł do Bramy Opatowskiej, kiedy niespodziewanie zobaczył Dawida Konefała i Szymka Maciąga. (…) Arek podszedł bliżej i zobaczył, że Dawid trzyma w rękach nową maskę przeciwpyłową. Od razu rozpoznał produkt firmy Kocot z pobliskich Chobrzan. Pewnie prosto ze sklepu na Zawichojskiej, poniżej restauracji Sarmata”. Jakbym chciała czytać informacje o Sandomierzu, tobym sobie kupiła przewodnik turystyczny. Podsumowując, nie porwało mnie. Nie podzielam też optymizmu Truchana.

Antologię zamyka „Dog Days” Andrzeja Sawickiego. Miałam już okazję czytać opowiadania tego autora, stąd mogę stwierdzić, że nie przepadam za jego stylem i sposobem narracji. Chwilami jawi mi się to wszystko nazbyt uproszczone i grubymi nićmi szyte. Nie do końca przekonał mnie też pomysł na fabułę. Zbuntowane genetycznie modyfikowane zwierzęta (o dość fantazyjnych kształtach – wielu autorom się wydaje, że inżynieria genetyczna mogłaby zdziałać cuda, w dodatku jakimś sposobem te istoty mogą się miedzy sobą swobodnie krzyżować), wędrują przez spustoszoną kataklizmami Ziemię, kryjąc się przed ludźmi i szukając lepszego miejsca do życia. Natrafiają na dwójkę dzieci o dość niezwykłych umiejętnościach. Krótko pisząc, nie porwało mnie, choć sądzę, że może znaleźć się sporo czytelników, którym tekst się spodoba.

Zatem – tak jak w tytule – pochwalam inicjatywę, bo uważam ją za potrzebną, jednak w pamięć bardziej zapadła mi nieco bardziej jedynie „Pieśń dla wieloryba”. Mam nadzieję, że może zapoczątkuje to jakiś trend, który zaowocuje jeszcze ciekawszymi utworami.