Beatrycze Nowicka Opowiadania

Agla (recenzja, 20.08.2022)

Magiczne przygody głupiej Sofji

Radek Rak, wyd. Powergraph

Pierwszy tom cyklu „Alef”

Beatrycze Nowicka 7/10

Tytuł recenzji wybrałam prześmiewczy, niemniej sama „Agla” to całkiem zgrabnie napisana przygodowa powieść New Weird dla nastolatków. Jest także swoistym wyznaniem uczuć autora względem fantastyki. Po otrzymaniu nagród za swoją poprzednią powieść, Radek Rak mógł napisać cokolwiek, a zdecydował się na taką właśnie konwencję, co można uznać za rodzaj deklaracji.

W warstwie fabularnej „Agla” opowiada o perypetiach nastoletniej bohaterki i jej przyjaciół, a jako że zostało to wszystko spisane zgrabnie i potoczyście, sądzę, że grupa docelowa powinna być zadowolona. Starszym wyjadaczom Rak proponuje zabawę w śledzenie literackich tropów. Dużo w tej książce gier i nawiązań – zarówno do szeroko pojętej kultury (na wszelki wypadek zaznaczam, że Rak traktuje chrześcijaństwo i jego spuściznę w sposób kojarzący mi się z podejściem twórców anime – czyli jako jedną z wielu mitologii oraz źródło motywów, ale to już było widać w „Kocham cię, Lilith”), klasyki literatury, jak i do fantastyki właśnie. Te nawiązania funkcjonują na kilku poziomach – od nazw własnych (jak np. Żelazna Rada) oraz nazwisk postaci, przez sparafrazowane i przetłumaczone na łacinę wersy otwierające „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, po relacjonowane przez narratora fabuły książek, którymi zaczytuje się główna bohaterka. Wszystko to zostało opisane z miłym memu sercu zapałem i serdecznością. Poza nawiązaniami literackimi, w „Agli” znalazły się „smaczki biologiczne”, głównie związane z owadami – można się uśmiechnąć, choćby czytając o Zorzynku z Rzeżuchowa, zaciekawiło mnie także to, czy niektóre teorie, z jakimi zapoznają się bohaterowie, są prawdziwe w powieściowym uniwersum, czy i tam są jedynie przykładami błędnych hipotez.  

Ciekawie prezentuje się świat przedstawiony, choć na razie odnoszę wrażenie, że kreowanie klimatu było dla autora ważniejsze od wewnętrznej spójności. Rakowi udało się stworzyć wizję sugestywną wizualnie. Jako krakowiance, ciekawie mi się wędrowało po odmienionej wersji mojego miasta, gdzie Plac Wszystkich Świętych zwie się Placem Heretyków, w Hucie pracują gobliny, a na uniwersytecie uczą wysokiej gnozy. Rządzi tym logika bliska sennej – niektóre miejsca zostały zmienione tylko trochę, inne bardzo. Zabawa w rozpoznawanie i porównywanie ulic czy budynków, albo zgadywanie, dokąd udali się bohaterowie, gdy informacje na ten temat są bardziej skąpe, może stanowić dodatkową atrakcję dla czytelnika znającego pierwowzór powieściowego Tybil. O ile np. w „Spalić wiedźmę” Madgaleny Kubasiewicz umagiczniony Kraków wydał mi się powierzchowny i pocztówkowy, ten opisany przez Raka jest o wiele ciekawszy i pełniejszy. Zamiast opisywać najważniejsze zabytki, autor „Baśni o wężowym sercu…” zabiera czytelnika także w mniej znane zakątki. Wszystko to prezentuje się bardzo ładnie, dopóki nie zacznie się stawiać pytań dotyczących historii tego świata. Bo tak – z jednej strony mamy tutaj dorożki jako popularny środek transportu, poziom wiedzy biologicznej i stosunki społeczne raczej kojarzące się z wiekiem dziewiętnastym, z drugiej zaś pojawiają się samochody oraz radia tranzystorowe, a zbuntowana młodzież spotyka się w Szkieletorze [1]. Jeśli więc kogoś cieszy sfera, nazwijmy to, estetyczna, powinien się dobrze bawić podczas lektury. Jeśli jednak, jak ja, ceni sobie wewnętrzną logikę świata, miszmasz motywów może budzić wątpliwości (chyba, że np. w którymś z kolejnych tomów okaże się, że to jednak nasz świat po przejściu jakiegoś rodzaju magicznego tsunami).

Styl Radka Raka jest wdzięczny i adekwatny do treści. Od czasu do czasu znaleźć można trafne spostrzeżenia i ładne frazy, jak choćby „wpatrywanie się w deszcz jest jakąś formą nieistnienia”, „wraz z odlotem żurawi ostatni goście wyjeżdżali i Azyl nie musiał już dłużej udawać. Mógł otulić się w mrok długich nocy i przesypywać między placami krótkie dni”, „grupa, wspólnota, tożsamość, to wszystko iluzja, w której chroni się samotność”. Choć autorowi „Pustego nieba” nie udało się całkowicie uniknąć wpadek – i tak, mimo że z ust jednego z bohaterów padają słowa „nie ma nic gorszego od źle napisanej sceny erotycznej”, gdzie indziej można przeczytać taki oto fragment: „róża rozkoszy rozkwitła w łonie X pod dotykiem ust i dłoni Y, oplotła pędami całe jej ciało, wbijając kolce wszędzie, gdzie się dało, i to był najcudowniejszy ból pod słońcem”. W „Agli” nie zabrakło też odrobiny humoru, niekiedy dosyć kąśliwego. Doceniam starania włożone w stylizację językową oraz indywidualizację wypowiedzi niektórych postaci (do gustu przypadły mi zwłaszcza powiedzonka Haruna).

Niestety, lekturę skutecznie uprzykrzyła mi niechęć do głównej bohaterki. Na podstawie promocyjnego fragmentu stworzyłam sobie obraz osóbki przedsiębiorczej, inteligentnej i zdecydowanej. Dalsze czyny Klukówny kazały mi jednak tę listę zmienić – dziewczyna często postępuje nieodpowiedzialnie i bezmyślnie, a czasem też niewdzięcznie. Kiedyś, w trakcie esensyjnej dyskusji o bohaterach literackich, bodajże Agnieszka Hałas stwierdziła, że najbardziej denerwują ją postaci, które swoją głupotą ściągają nieszczęścia na innych. Taką właśnie protagonistką jest Sofija. Dobrze, że dziewczyna nie jest kolejną Mary Sue (choć może jeszcze się nią stać, zważywszy na uwagi o odziedziczonych po matce talentach i mocy kształtowania przeznaczenia, czy opinię wygłoszoną przez jedną z postaci, wedle której Klukówna jest „silna jak lew, śmiała jak orzeł, wytrzymała jak byk”), niemniej niektóre jej postępki są naprawdę idiotyczne, a jak się głębiej zastanowić, okazuje się, że jeśli wyłączyć rozwijający się w ślimaczym tempie wątek zaginięć, fabuła „Agli” stanowi opis kolejnych wybryków bohaterki oraz ich konsekwencji. Jedna z popełnionych przez dziewczynę głupot jest tak wielka, że aż wydaje się nieprawdopodobna, sprawia wrażenie wprowadzonej na siłę, w celu zapewnienia odpowiednio dramatycznego zwrotu fabuły. Przynajmniej w części drugiej przychodzi Sofji zapłacić za swoje postępowanie (miejscami nawet żal mi się jej zrobiło, bo od pewnego momentu Rak jej nie oszczędza), co sprawia, że dziewczyna musi szybko dojrzeć.

Podejrzewam, iż młodzi czytelnicy niekoniecznie tak to odbiorą, że dla niech po prostu „Agla” będzie obfitowała w przygody, spojrzą też łagodniej na błędy popełniane przez córkę profesora. Jeśli o mnie chodzi, chętniej przeczytałabym książkę, której głównym bohaterem byłby wyżej wzmiankowany Harun, ponieważ chłopak wydaje się mieć głowę na karku. Pozostałe postaci zostały nakreślone zgrabnie, choć nie doczekali się pogłębionych portretów. W stylistykę powieści dla nastolatków wpisują się jednak bardzo dobrze.

Jedna jeszcze kwestia została mi na koniec, a mianowicie upodobania seksualne bohaterki oraz uwagi na temat bezpłciowości (hermafrodytyzmu?) innej postaci. Jeszcze kilkanaście lat temu takie wątki pewnie wzbudziłyby moje zainteresowanie, jednak niedawne ich zatrzęsienie, zwłaszcza w fantastyce anglosaskiej, sprawiło, że już do cna mi zbrzydły. Gdybym była homoseksualnym nastolatkiem/nastolatką, pewnie ucieszyłabym się, czytając dialog, w którym bohaterka jest zapewniana, że wszystko z nią w porządku. Ale nie jestem i ostatnimi czasy czuję się wręcz osaczona – spośród niedawnych premier pozbawione  tego rodzaju wątków miłosnych są już w zasadzie jedynie albo najbardziej sztampowe powieści heroic fantasy (a i to nie zawsze), albo fantasy romanse. Dodajmy do tego zmienianie na homoseksualną orientacji lubianym przeze mnie bohaterom ekranizacji książek fantasy. Efekt tego wszystkiego jest odwrotny od zamierzonego, tj. natknąwszy się na kolejny taki wątek, zaczynam odczuwać agresję i coraz większą chęć ciśnięcia książki w kąt (przed czym na razie powstrzymuje mnie myśl, że wydałam na nią pieniądze). Coraz częściej marzę o jakichś oznaczeniach na okładce, pozwalających podjąć decyzję przed zakupem. Z tego względu nie wiem, czy sięgnę po dalsze tomy, choć nie wykluczam, że się skuszę, ze względu na interesujący świat przedstawiony oraz ciekawość, co takiego odkrył profesor Kluk na dalekiej północy.

[1] Szkieletorem powszechnie nazywaliśmy niedokończony (do czasu) wieżowiec, którego budowę rozpoczęto w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Przez dekady panoramę miasta szpecił żelbetowy zrąb konstrukcji, ale teraz, gdy budowę ukończono, przyznam, jest mi żal, bo Szkieletor zdążył stać się – brzydkim, bo brzydkim, ale jednak – symbolem mojego miasta.