Beatrycze Nowicka Opowiadania

Serce wiedźmy (recenzja, 14.07.22)

Czyli dlaczego Loki nie nadaje się na męża i ojca rodziny

Genevieve Gornichec, wyd. Wydawnictwo Kobiece

Beatrycze Nowicka: 5,5/10

Jakby ktokolwiek miał co do tego jakieś wątpliwości…

Mam wielką słabość do mitologii nordyckiej, więc informacja o premierze „Serca wiedźmy” sprawiła, że od razu wciągnęłam tę książkę na swoją listę „do przeczytania”. Zachęcająco (pomimo miszmaszu we wzornictwie) prezentowała się także okładka. Pomysł, by główną bohaterką uczynić Angerbodę – kochankę Lokiego i matkę Fenrira, Jormunganda oraz Hel, uznałam za obiecujący. Raz, że bohaterowie mają potencjał, dwa – o samej olbrzymce zachowało się w oryginalnych źródłach stosunkowo niewiele informacji, co zostawia dużo miejsca na własną inwencję, pozwala przedstawić wydarzenia znane z mitów z nieco innej perspektywy, a także dopisać bohaterce nowe, barwne dzieje.

Ta inna perspektywa istotnie się pojawia, choć jeśli chodzi o wkład autorki – mogłoby być ciekawiej, o czym za chwilę. Trudno mi rozsądzić, czy „Serce wiedźmy” to pozycja raczej dla kogoś, kto wie co nieco o spuściźnie wikingów, czy wręcz odwrotnie. Na początku przychylałam się raczej do opcji pierwszej – znajomość tych historii pozwala swobodnie poruszać się w świecie i czerpać przyjemność ze śledzenia tego, w jaki sposób zostały one wplecione w całość i/lub przekształcone. Gdy jednak zasiadłam do pisania recenzji, przyszło mi na myśl, że czytelnikowi mniej obeznanemu w temacie książka może się wydać dziwniejsza, barwniejsza i bardziej zaskakująca. Okazuje się bowiem, że Gornichec dodała od siebie stosunkowo niewiele. Połączyła kilka postaci w jedną, przedstawiła własną interpretację celów i intencji Lokiego oraz „dopisała” bezpośredni udział Angerbody w Ragnaroku.

Poza tym, niestety, „wypełnienie” książki (czyli to, co bohaterowie robią pomiędzy wydarzeniami znanymi z mitów) nie prezentuje się szczególnie zajmująco. Angerboda, przypominam – matka Fenrira, a według wizji autorki także potężna, wręcz nieśmiertelna wiedźma, zajmuje się głównie… urządzaniem sobie mieszkania w jaskini na krańcu jednego ze światów, czekaniem na Lokiego, rozmawianiem z wpadającymi w odwiedziny koleżankami olbrzymkami oraz (później) wychowywaniem dzieci. Jakby to ująć – gdybym była zainteresowana taką tematyką, sięgnęłabym po powieść obyczajową.

Żeby jeszcze Gornichec zajrzała do źródeł i opisała przy okazji, jak wyglądało życie codzienne Wikingów, to mogłoby być choć trochę interesujące. W dodatku – pamiętam, że gdy np. Le Guin przedstawiała życie Tenar i Geda w „Tehanu” i „Innym wietrze”, to się czuło, iż bohaterowie żyją na wsi (w związku z czym muszą się zajmować, czy to ogrodem i sadem, czy zwierzętami gospodarskimi i tak dalej). Tymczasem, autorka „Serca wiedźmy” idzie niejako na łatwiznę – oto niedługo po tym, jak Angerboda przybywa do Żelaznego Lasu, spotyka ją Skadi, która po krótkiej rozmowie proponuje protagonistce, że będzie sprzedawać przygotowywane przez nią eliksiry. Dzięki temu Gornichec jedynie opisuje zdawkowo, że główna bohaterka produkuje mikstury, w zamian zaś dostaje ubrania, narzędzia, jedzenie oraz inne potrzebne jej rzeczy. W dodatku, w pewnym momencie Skadi zaprasza wiedźmę do swojego domu na zimę. Angerboda początkowo nie chce zostawić hodowanych przez siebie kóz, na co jej przyjaciółka stwierdza, że to zwierzęta, więc sobie poradzą. Cóż, z doświadczenia wyniesionego z pobytu na wakacjach u babci na wsi, wiem, że kozy należy codziennie doić. Poza tym, jakiś czas później, bohaterka stwierdza, że cieszy się, iż skorzystała z zaproszenia Skadi, bo zima była tak ciężka, że pewnie nie przetrwałaby jej w jaskini. Co w takim razie z opuszczonymi przez wiedźmę kozami? Jeśli już autorka koniecznie chciała uczynić z matki Hel wiejską gospodynię, to powinna się do tego przyłożyć.

Pierwsza połowa książki to w dużej mierze przepisana na fantasy historia kobiety tkwiącej w związku z nieodpowiedzialnym i niedojrzałym emocjonalnie mężczyzną, który w dodatku okazuje się mężem innej. Czasami autorzy są bezlitośni względem swoich bohaterów, obnażając ich słabości. Jednak w przypadku „Serca wiedźmy” nie miałam poczucia dystansu, relacjonowania całej historii na zimno. Po wszystkim, co stało się w książce, Angerboda wciąż ma do Lokiego słabość, próbuje tłumaczyć jego postępowanie oraz przerzucać odpowiedzialność za jego czyny na innych, przez co wydało mi się, jakby Gornichec pisząc albo zdawała się na instynkt, albo czerpała ze swoich lub cudzych doświadczeń życiowych w kwestii bycia „tą trzecią”. Mimo to widać, jak książkowy Loki zwodzi wiedźmę, nieustannie wzruszającą się, jaki to jej ukochany jest biedny i zgnębiony przez zły świat. Nieważne, że Kłamca latami prowadzi podwójne życie, a bohaterkę oraz swoje dzieci odwiedza głównie wtedy, gdy wpakuje się w jakieś tarapaty i potrzebuje schronienia, lub gdy nie ma nic lepszego do roboty. Liczy się natomiast to, że mężczyzna (wedle Angerbody oczywiście) ma problem z wyrażaniem uczuć, a przecież to jej właśnie potrafi wyznać miłość i zaufanie (dziwnym trafem akurat wtedy, gdy chce coś uzyskać, albo dostrzegł, że kobiecie zaczyna kończyć się cierpliwość).

Wrażenie pogłębiają współcześnie brzmiące dialogi, jak choćby ten: „jak długo twoim zdaniem jeszcze to pociągniemy? – Co pociągniemy? – Ten nasz układ?” Aż dziw, że w powieści zabrakło sceny, w której mały Fenrirek po raz pierwszy idzie do przedszkola, Jormungand sprawia problemy w żłobku, a mała Hel złości się, że zawsze tylko mama chodzi na wywiadówki (na wszelki wypadek wyjaśniam, że aż tak daleko Gornichec nie wykroczyła poza mityczno-baśniowy schemat). Choć chyba lepiej byłoby w takiej sytuacji w ogóle przenieść akcję w nasze czasy. Z drugiej strony, do odwiedzających ją Skadi i Gerdy wiedźma ma w zwyczaju zwracać się per „moja droga”, co zupełnie mi nie pasuje do rozmów toczonych przez olbrzymki z wikińskich mitów. Może jeszcze powinny popijać herbatę z porcelanowych filiżanek, pogryzając ciasteczka?

Po dramatycznych wydarzeniach, które kończą etap spokojnego życia Angerbody w Żelaznym Lesie, „Serce wiedźmy” staje się opowieścią o odnajdywaniu w sobie siły i woli działania. Bohaterka nagle okazuje się bardzo potężna, odkrywa w sobie dziką kobietę… znaczy wilczą matkę, a także dla odmiany wybiera homoseksualny związek. Z pewną dozą złośliwości dodam, że chęć przypodobania się tęczolubnej publiczności często okazuje się pułapką – owszem, autorka była na „Goodreads” wychwalana za ten wątek, jednak znalazłam także opinię, iż rzucona przez wiedźmę uwaga, że Loki jest dziwny, w scenie, w której odwiedza ją on ubrany w kieckę (ma to swoje źródło w odpowiednim micie), jest wyrazem transfobii i wstecznictwa. Choć fakt faktem, że Gornichec w pewien sposób zatrzymuje się w pół drogi. Czytelnik dostaje więc Angerbodę-Matkę Wiedźmę, pod koniec książki jednoczącą się ze swoją prawdziwą naturą, odkrywającą wielką moc itp. Z drugiej strony, w mitach olbrzymka i Loki nie byli małżeństwem, a w powieści bohaterka – zawstydzona przez koleżankę wygłaszającą opinię, że jak to tak, ma z kimś dziecko, ale nie są po ślubie – marzy o zamążpójściu, co Kłamca jej proponuje (nie zostało wyjaśnione, kto i jak tego ślubu im udzielił, skoro ukrywają swój związek przed wszystkimi). Później zaś, ponownie usłyszawszy krytykę – skoro ma męża, to czemu nie chodzi w czepcu, jak należy – olbrzymka zaczyna nosić to nakrycie głowy. Wyzwolona kobiecość, nie ma co… Jest jeszcze Hel, wedle opisów mająca połowę ciała trupa. Zazwyczaj bogini przedstawiana jest w ten sposób, że ów podział na część żywą i martwą przebiega, że tak to niefortunnie ujmę, w osi pionowej. U Gornichec, wilk i wąż odpowiadają mitycznym opisom, ale Hel ma martwe ciało od pasa w dół, co można odczytać i tak – autorka uznała, że ta postać musi mieć piękną twarz, aby ktokolwiek ją pokochał. Możliwe, że to nadinterpretacja (zresztą, nie można zaprzeczać, że atrakcyjność fizyczna ma znaczenie przy doborze partnera) – pokazuję tylko, jak nieświadomie ujawniane są pewne schematy myślenia.

Moje powyższe wywody okazały się lawiną narzekań, choć przyznam, że powieść przeczytałam z zaciekawieniem. Być może to kwestia wzmiankowanej wcześniej słabości do północnych mitów i postaci Lokiego? Autorka przedstawia Kłamcę jako mężczyznę łaknącego uznania i akceptacji ze strony Asów, marzącego o tym, by zostać zapamiętanym i podziwianym, co rozmija się z moim wyobrażeniem tej postaci, jednak wciąż ojciec Fenrira zachowuje sporo swego rodzaju uroku. Wiele scen z udziałem tego bohatera i Angerbody uważam za udane i przyznam szczerze, że podczas lektury kilka razy zdarzyło mi się wzruszyć. Jednak, gdy odłożyłam już „Serce wiedźmy” z powrotem na półkę, zaczęłam dostrzegać to, co opisałam w recenzji. Sądzę, że Gornichec nie wykorzystała tkwiącego w tych postaciach potencjału. Rodzice Hel zasłużyli na więcej.

PS. W każdym razie, i tak „Serce wiedźmy” jest lepsze od nieszczęsnej „Ewangelii według Lokiego” Harris.