Beatrycze Nowicka Opowiadania

Dłoń Króla Słońca (recenzja, 13.07.22)

Dlaczego czasem lepiej być magicznym sierotą

J. T. Greathouse, wyd. Fabryka Słów

Pierwszy tom cyklu „Kroniki Olchy”

Beatrycze Nowicka: 6,5/10

Do lektury powieści J. T. Greathouse’a zachęciły mnie wzmianki na temat dalekowschodnich inspiracji. Jeśli chodzi o mody i trendy w fantasy, ten związany z czerpaniem z rozmaitych kultur i epok przy tworzeniu opisywanych krain akurat lubię. Choć quasi-Chiny pojawiały się już w innych wydanych w Polsce cyklach („Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu” Liu, „Wojnie makowej” Kuang, czy „Kronice nieciosanego tronu” Staveley’a), wciąż są to realia zdecydowanie mniej wyeksploatowane, a zatem potencjalnie ciekawsze. Doceniam wysiłek autora włożony w budowanie klimatu oraz opisy uniwersum – liczne wzmianki na temat zwyczajów, strojów, architektury, sztuki, czy kuchni cesarstwa nadają światu przedstawionemu wyrazistości i egzotyki. W porównaniu z wyżej wymienionymi seriami (przy czym w całości przeczytałam tylko „Wojnę…”), w „Dłoni Króla Słońca” jest tej „chińskości” nawet więcej [1].

Przyzwoicie prezentują się także pomysły na mitologię i magię – nie są może szalenie odkrywcze, ale przynajmniej wystarczająco barwne. To właśnie wyżej wymieniona otoczka zadecydowała o przyjemności, jaką czerpałam z lektury.

Poza tym bowiem, „Dłoń…” jest kolejną historią o chłopaku obdarzonym wybitnym magicznym talentem i wybranym przez jedną z lokalnych sił wyższych. Kreując fabułę, Greathouse „odhacza” kolejno typowe elementy – nauki, dojrzewanie bohatera, pierwsza przyjaźń i miłość, błędy, próby, tudzież przeszkody, które Olcha musi pokonać na drodze ku lepszemu zrozumieniu magii i samego siebie. Podczas lektury odnosi się wrażenie czytania o postaci znanej z wielu innych książek. Pewną różnicę stanowi to, że chłopak nie jest sierotą, co ma swoje konsekwencje. Od strony matki Olcha pochodzi z narodu podbitego przez cesarstwo Sienu. Babka usiłuje ukradkiem wychować go na buntownika, podczas gdy sieneński ojciec wymarzył sobie dla syna karierę w strukturach władzy. Bohater całymi latami przygotowuje się do egzaminu, mającego zadecydować o jego przyszłej posadzie. Sam jednak najbardziej zainteresowany jest zgłębianiem magii, która fascynuje go od wczesnego dzieciństwa, kiedy to miał okazję poczuć działanie mocy. Wiedząc, że dla najlepszych otwarta jest droga cesarskiego czarodzieja (tu zwanego Dłonią), robi, co tylko może, aby na nią trafić, a potem się na niej utrzymać. Co oczywiście ma swoją cenę i konsekwencje.

Wątek sprzecznych interesów, sieneńskich intryg oraz podejmowanych przez bohatera decyzji został poprowadzony ciekawie, choć czegoś mi zabrakło, bym bardziej zaangażowała się emocjonalnie. Być może to kwestia kreacji bohaterów – na tle innych młodych wybrańców Olcha w zasadzie nie wyróżnia się niczym szczególnym (może jedynie tym, że częściej przeprasza, lecz cóż z tego, skoro skutki niektórych z jego błędów są opłakane). Autor zdecydował się na pierwszoosobową narrację, co z jednej strony pozwala „zajrzeć Olsze do głowy”, z drugiej zaś oznacza zepchnięcie innych postaci na dalszy plan. Pozostali bohaterowie także podpadają pod znane już typy. Zostali nakreśleni poprawnie, choć – jeśli o mnie chodzi – zabrakło mi iskry, czegoś, co uczyniłoby ich bardziej zapamiętywalnymi. Sądząc z opinii na „Lubimy czytać”, niektórych „Dłoń Króla Słońca” znudziła – o sobie tego powiedzieć nie mogę, czytało mi się tę książkę bardzo przyjemnie.

Podsumowując – debiut Greathouse’a to klasyczna historia osadzona w nieco mniej zgranym sztafażu. Od czasu do czasu lubię sięgnąć po tego rodzaju opowieść w myśl zasady, że podoba nam się to, co już znamy.

Amerykańska premiera części drugiej zapowiadana jest na lato 2022. Na podstawie częstotliwości wydawania kolejnych tomów serii przez Fabrykę Słów, sądzę, że nie będzie trzeba długo czekać na przekład. Jeśli o mnie chodzi, nie jestem jeszcze stuprocentowo pewna, czy sięgnę po dalsze przygody Olchy, choć nie wykluczam tego.

[1] Obraz burzyły mi nieco wzmianki o uprawianych w Sienie kukurydzy i papryce – nikt nie powiedział, że wymyślony świat musi jak najwierniej odpowiadać inspiracjom historycznym, ale i tak wytrącało mnie to z klimatu.

PS. „Dłoń…” została bardzo ładnie wydana. Zintegrowana oprawa, barwne krawędzie kartek, ilustracje i ozdobniki graficzne na początku rozdziałów oraz w tekście (ptaki zamiast gwiazdek pomiędzy podrozdziałami) – wszystko to prezentuje się zachęcająco, jednak cena przewyższa ceny niektórych wydań w twardej oprawie. Osobiście wolałabym dostać tekst bez tych ozdóbek, za to taniej. Choć, sądząc z internetowych opinii, znalazło się wielu, których taki wybór wydawcy ucieszył.