Beatrycze Nowicka Opowiadania

Wojny mroku (recenzja, E)

Podkrakowscy pogromcy wampirzyc-lesbijek

Adam Magdoń, wyd. Videograf II

Beatrycze Nowicka: 0,5/10

„Wojny mroku” Adama Magdonia to powieść o wampirach, która sama jest jak wampir. Nigdy, przenigdy nie powinna oglądać światła dziennego.

Mea maxima culpa. Spojrzawszy na informację o debiutanckiej powieści Adama Magdonia, pomyślałam sobie: „czy ta książka jest aż tak zła, jak to sugeruje jej okładka, tytuł i notka wydawnicza? Nie może być…”. Powiadają, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W tym przypadku może nie do piekła, ale prosto w krainę czytelniczego koszmaru. Pozwolę sobie teraz zdradzić trochę fabuły z początku książki. Panie i Panowie, wydawnictwo Videograf, któremu zawdzięczamy pojawienie się na polskim rynku cyklu „Bractwo Czarnego Sztyletu”, z dumą przedstawia polski wkład w temat nocnych krwiopijców pt. „Wojny mroku”.

Prolog. Mroczna forteca złych Władców o jakże dźwięcznej nazwie Gordoth właśnie się dopala. Wszędzie wkoło walają się „tysiące trupów, zmasakrowanych, zakrwawionych, poskręcanych”. Zwycięzcy – też wampiry, tyle że zwące się Obrońcami – które przestrzegają Zasad i Przysięgi (wielkie litery za oryginałem), oddychają z ulgą. Jest wszakże jeden problem, mianowicie najstarszy i najpotężniejszy z Władców – Kainus (jakże to oryginalnie ze strony autora, że chcąc się odróżnić od koncepcji ze Świata Mroku, gdzie praojcem wampirów jest Kain, zdecydował się na dodanie końcówki –us!) zamknął się w metalowej trumnie, której nikt nie umie otworzyć. Jednak Obrońcy mają pomysł: „bez obaw, przenieśliśmy trumnę do podziemia i podpaliliśmy ją (…). Trzeba tylko dobrze zatrzeć ślady i zapomnieć, gdzie leży to miejsce. Ustanowimy tu strefę zakazaną dla wszystkich wampirów”. Powyższa światła idea zyskuje powszechną aprobatę i wszyscy uznają sytuację za rozwiązaną.

Kraków, jesienna noc. Michał – jeden z Obrońców – obserwuje Rynek Główny z hełmu Wieży Mariackiej. Facet wyposażony jest jak trzeba: w miecz (przewieszony przez plecy), uzi, dwa pistolety oraz kindżał (brakuje mu tylko pięciuset bryłek rudy, dziesięciu pancerzy z pełzaczy, siedmiu zardzewiałych toporów oraz dwudziestu kawałków mięsa ze ścierwojada). Wreszcie dostrzega wampira, który, by użyć słów z książki, „poluje na przypadkowe dzieweczki”. Widząc to, Michał bezszelestnie zeskakuje z wieży i udaje się za potencjalnym złoczyńcą, dając też sygnał swojej współpracowniczce Kasi. W tzw. międzyczasie zły wampir dopada samotną kobietę, całkiem bezbronną, gdyż „zdolność ruchową odebrało jej przerażenie”. A jest czego się bać – blada twarz, łysa głowa z czarnymi żyłami, rozdziawiona paszczęka oraz oczy „głębokie jak studnie głębinowe” (wykopane zapewne przez firmę Dziurex z Wisły). Na szczęście Obrońcy są już tuż-tuż. Tyle że okazuje się, iż złemu towarzyszy jeszcze szóstka gotowych do walki kolegów („mieli na plecach miecze, a w rękach dużo broni palnej”). Walka istotnie wybucha, dzielni bohaterowie pokonują wszystkich raz-dwa („rozwalony mózg zakończył jednak jego mroczną egzystencję”), a potem grożą torturami i śmiercią łysemu, wykrwawiającemu się właśnie „na kupie własnych wnętrzności”. Ten w przerażeniu zdradza im, że Władcy pragną (tadam!) odnaleźć Kainusa (dodajmy, że kilku Władców swego czasu mieszkało w Gordoth, ale widać biedacy zapadli na jakiś rodzaj amnezji), i podaje pewien adres, pod który Michał z Kasią natychmiast się udają. Na miejscu okazuje się, że wpadli w pułapkę zastawioną przez Władcę-wielbiciela Rzeczpospolitej Szlacheckiej, niejakiego Borutę. Tam czeka już większa liczba uzbrojonych przeciwników, kto by się jednak nimi przejmował. Po kolejnym epickim zwycięstwie Obrońcy sprawdzają teren i natykają się na sporą liczbę wypatroszonych trupów.

Koniec misji, czas wrócić do bazy i złożyć raport szefostwu. Przywódcy, odziani w „tradycyjne wampirze stroje – on czarną togę (…) ona zaś – czarno-czerwoną suknię, podkreślającą atrybuty jej kobiecości”, wspaniali, sympatyczni i mądrzy, częstują bohaterów „sklonowaną krwią” (???) oraz dzielą się refleksjami („każdy, kto zajmuje się walką i zabijaniem, powinien zachować dobre serce i sporą dozę wrażliwości”). Michał martwi się o Kasię, która po obejrzeniu zmasakrowanych zwłok „jakby wpadła w zły nastrój” (należy tu wspomnieć, że ukochany kobiety został zamordowany przez Władców), dlatego pociesza ją: „nie ma znaczenia (…) co zrobisz i (…) z kim rozmawiasz, jeśli nie jest to osoba, dla której bije twoje serce”. Niedługo potem Obrońcę odwiedza szefowa, by zapytać go, czy byłby gotowy wbić sobie dla Kasi nóż w serce, na co Michał odpowiada, iż oczywiście, że tak, jednocześnie kontemplując obfity biust swojej mentorki (biusty to w ogóle bardzo istotny motyw „Wojen mroku” – uwagi na temat kobiecych wdzięków pojawiają się w opisie każdej bohaterki, a nadto w całkiem sporej liczbie opisów damskich zwłok). Po tej rozmowie Michał sięga po wódkę – ale uwaga, jako prawdziwy Polak i… katolik nasz bohater pija tylko rodzime alkohole oraz przedkłada polskie przekleństwa nad wszelkie inne (czego nie można o mnie powiedzieć, gdyż podczas lektury niejeden raz po cichu klęłam po łacinie). Następnie wspomina swoją przeszłość i zastanawia się nad niszczącą siłą nienawiści. Przeglądając zdjęcia wyflaczonych trupów, rozważa też, czym jest uczucie, jakim darzy Kasię, gdyż – choć ma już sześćset lat – jedyną kobietą, jaką w swoim życiu kochał, była jego mama (a ja myślałam, że takie pomysły mają tylko autorki)…Tu pozwolę sobie poprzestać i przejść do konkretów.

Ogólnie rzecz biorąc, „Wojny mroku” składają się z trzech elementów – przemocy, seksu oraz rozważań przemądrych.

Sceny walki przypominają skrzyżowanie filmów gore z „Matrixem”… albo może jakąś krwawą grę na PlayStation. Bohaterowie skaczą na kilkanaście metrów, biegają po ścianach i sufitach, a przede wszystkim mordują wrogów bez większych problemów, zazwyczaj nie odnosząc przy tym żadnych poważnych obrażeń. Opisy obfitują w rozbryzgujące się mózgi, pękające czaszki, fruwające na wszystkie strony odrąbywane kończyny i głowy, krew chlustającą na kilka metrów we wszystkie strony, tudzież prute flaki (mózgi i wnętrzności cieszą się szczególnym upodobaniem autora, w pewnym momencie pojawiają się nawet „powiewające jelita”). Potrafią się przy tym ciągnąć (opisy, nie jelita) nawet po kilkadziesiąt stron. Podobnie „barwne” są przedstawienia okrutnych czynów Władców, którzy lubują się w torturach oraz gwałceniu dziewic. W pewien sposób dziwnie wygląda zestawienie ilości prezentowanej przemocy z wygłaszanymi raz po raz wynurzeniami na temat bezsensowności wojny.

Dychotomia uwidacznia się także podczas poruszania kwestii erotyki. Jeśli na scenie nie ma Władców, słowo „seks” w zasadzie się nie pojawia, co najwyżej określenia w rodzaju „t o”, albo „obcowanie cielesne”, a wielu bohaterów zachowuje wstrzemięźliwość. Choć szydło z worka wychodzi od czasu do czasu: „do tej pory jeszcze t e g o nie zrobili, chociaż byli razem od blisko trzech lat (…). Oboje zresztą uważali, że seks jest wyłącznie dodatkiem do p r a w d z i w e j miłości. (…) Po prostu cieszyli się z tego, że są razem (…). Kasia jednak wreszcie się zdecydowała” (takie drobne słówko – wreszcie – a jak zmienia wymowę fragmentu). Albo w momencie, gdy rzeczona Kasia pierwszy raz całuje się z Michałem i oznajmia mu, że nie da rady się z nim przespać, dodaje „błagam, nie gniewaj się…” A on wspaniałomyślnie się nie gniewa i, choć jest zawiedziony, zapewnia ją, że nie zostawi jej z tego powodu (przecież to nie jej wina, skoro nie pozbierała się po traumatycznych przeżyciach), co usłyszawszy, ona jest wdzięczna jak nigdy.

Kiedy jednak Władcy pojawiają się na horyzoncie, nadchodzi czas na wielostronicowe opisy seksualnego wykorzystywania. Szczególną uwagą narratora cieszy się Aleera, wysoko postawiona Władczyni i wielka koneserka dziewiczych wdzięków. Tutaj już autor obficie raczy czytelników owocami swojej wyobraźni. Za każdym razem podkreślone zostaje, jak to „biedactwa” są krzywdzone, gwałcone i zabijane, przy czym jakoś dziwnie opisy obfitują w zwroty w rodzaju „wspaniałe wdzięki” (na których krzepnie spływająca z ran krew, gdyż żelaznym punktem jest wgryzanie się w biust), „pięknie wyrzeźbiony brzuch”, śliczne usta drgające w przerażeniu” itp. Takie sado-maso tanie porno, a na koniec chlustająca krew i uwagi o zmasakrowanych kroczach. A od czasu do czasu na deser i dla wytrwałych wgryzanie się w penisa albo zlizywanie miesięcznej krwi. Smacznego.

Wreszcie – mądrości. O, tych nie brakuje, bohaterowie bowiem prowadzą ze sobą długie rozmowy, w których hojnie dzielą się swoimi poglądami. Te zaś są niezwykle zgodne, ba, czasem te same myśli padają z ust Obrońców i Władców, stąd mam wcale nie niejasne przeświadczenie, że oto sam autor obdarowuje nas swoimi refleksjami. Tematy są najrozmaitsze – i tak możemy się dowiedzieć, co twórca „Wojen mroku” sądzi na temat: polskiej historii (w tym demokracji szlacheckiej, powstań, stanu wojennego etc.), natury ludzkiej, wódki, muzyki techno, komunizmu, religii, kleru, radia RMF, wojny w Iraku, etyki, polskich dróg, fotoradarów, turystycznych walorów Podkarpacia i wszystkiego, cokolwiek jeszcze do głowy przyszło podczas pisania. Moralność Kalego rządzi: „bo zbrodnia nie dlatego jest zbrodnią, że jest ze swej natury zła (…). Pozbawiamy [Władców] życia, ale nie przyznasz z ręką na sercu, że uważasz się za zbrodniarza”. Czytelnik dowiaduje się, że okrucieństwo może wynikać z głębokiej wrażliwości. Poznaje też prawdy objawione w rodzaju „coś zawsze jest następstwem czegoś (…) i tak w nieskończoność” oraz – zupełne novum – „alkohol pity z umiarem, nie szkodzi nawet w nadmiarze”.

O głupotach aż pisać szkoda – pełen zakres – od siedzenia w samochodzie z mieczem na plecach i noszenia pistoletu w dekolcie, po pomysł, by w celu trzymania ludzi z daleka las dookoła kryjówki obwiesić trupami, oraz to, że Obrońcy (sądząc, że odkryli tajną siedzibę Władców) udają się tam, mijają rzeczone zwłoki, zastają otwartą bramę, myślą „to chyba pułapka”, po czym ładują się do środka.

Na koniec zaś jeszcze kilka dodatkowych próbek stylu autora, który – dodajmy – jak już raz wymyśli jakieś zdanie czy zwrot, używa go wielokrotnie. Szczególnym upodobaniem cieszą się rzeczowniki „groza”, „przerażenie”, „okrucieństwo”, „rozkosz” i „ekstaza” oraz przymiotniki „nieopisany”, „niewyobrażalny”, „bluźnierczy” i „dojmujący”. W rezultacie powstają zwroty w rodzaju „bluźniercza konsumpcja”, „bluźniercza uczta na drgającym ciele Hynka”, „mroczna groza”, „dojmująca groza”, „nieopisane przerażenie”, „złowroga emanacja”, „potężniejące przerażenie”, „prastare zło”, „dzika ekstaza”, „nieopisanie tragiczny”, „przerażająca żądza”, „mroczne, rozbudzone i złaknione zemsty zło”, „dziki ogień pożądania”, „nieopisany orgazm” itd.

Można by pewnie długo jeszcze, ale po co. „Wojny mroku” na mojej prywatnej liście najgorszych utworów fantastycznych pobiły powieść napisaną na podstawie „Wrót Baldura” oraz opowiadanie Moniki Błądek o motocyklistce, która trafiła do świata równoległego, gdzie chciał ją zgwałcić kościotrup, ale ona mu uciekła i puściła się z trollem, orkiem czy też inną potworą. Po przeczytaniu powieści mam poczucie, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro mentalnych pomyj.