Beatrycze Nowicka Opowiadania

Grombelardzka legenda: Serce gór, Wstęgi Aleru (recenzja, E)

Górska kraina deszczu, niepowodzeń, sępów i złych kobiet

Feliks W. Kres, wyd. Fabryka Słów

Trzeci tom cyklu „Księga całości”

Beatrycze Nowicka: 7/10

Wydana w dwóch częściach „Grombelardzka legenda” zabiera czytelnika do kolejnego zakątku Szereru.

Trzecia odsłona „Księgi całości” składa się z tomu opowiadań pt. „Serce gór” oraz powieści „Wstęgi Aleru”. Miejscem akcji obydwu jest górzysty region położony na północy kontynentu, słynący z ponurej aury i mrocznej przeszłości – to właśnie w Grombelardzie Szerń najzacieklej walczyła z konkurencyjną potęgą. Bohaterką pojawiającą się we wszystkich tekstach jest armektańska łuczniczka Karenira, jedna z żywych legend Kraju Chmur. Opowiadania przedstawiają rozmaite epizody z jej życia, powieść zamyka historię kobiety. Podobnie, jak w przypadku „Północnej granicy” oraz „Króla bezmiarów” i tutaj narracja zawiera przeskoki pomijające część wydarzeń, choć od „Serca gór”, podtom drugi odróżnia spinający wszystko wątek tytułowych Wstęg Aleru.

Tym, co przede wszystkim zwraca uwagę i zasługuje na pochwałę, jest klimat. Mgliste, dzikie góry, ruiny, rozbójnicy, koty oraz sępy składają się na obraz wyrazisty i zapadający w pamięć. W przypadku Grombelardu Kres ofiarowuje czytelnikom to, co wielu fanów fantasy ceni sobie wysoko, a mianowicie możliwość „poczucia” innego świata. Kreację uniwersum uważam zresztą za najlepszy element „Księgi całości”, zdecydowanie budzi on zainteresowanie i zachęca do własnych rozmyślań na temat natury obecnych w Szererze sił. Z drugiej strony obraz Grombelardu jest niepełny – autor tak skoncentrował się na opisach wędrówek po bezdrożach i potyczek, że odnosi się wrażenie, jakby w tej krainie nie było zwykłych ludzi, wiodących równie zwyczajne życie. Zostali wspomniani jacyś kupcy oraz wymiana handlowa między głównymi miastami, ale i tak można się zastanowić, kto właściwie kupuje ich towary i z czego ci wszyscy zbójcy żyją. Przedstawione na kartach książek bardzo liczne zgony cesarskich żołnierzy skłaniają do refleksji, jakim cudem w Grombelardzie stacjonuje jeszcze jakiekolwiek wojsko. Chętnie dowiedziałabym się więcej o sępach, czyli trzecim inteligentnym gatunku zamieszkującym cesarstwo. Tak intrygujący pomysł aż prosił się o rozwinięcie, niestety się go nie doczekał.

Ci, którzy czytali części poprzednie, znajdą w „Grombelardzkiej legendzie” to, co zdążyli polubić – poza wyżej wzmiankowanym światem także oryginalnie poprowadzone fabuły. Nieprzewidywalność zakończeń uważam za zaletę (rozczarował mnie jedynie wątek Leyny w „Czarnych mieczach”, w zasadzie niewnoszący nic do całości). Inna sprawa, że zgodzić się muszę z jedną z osób komentujących na „Lubimy czytać” – tom trzeci jest swoistą kroniką niepowodzeń wszelakich, błędów oraz pomyłek. Od pewnego momentu przestaje to zaskakiwać, a zaczyna męczyć ponurą atmosferą. Przynajmniej bohaterowie nadal nie budzą sympatii, więc gdy wielu z nich ginie, nie jest jakoś specjalnie żal.

Jeśli chodzi o kreację postaci, trzeba powiedzieć, że w porównaniu z „Królem bezmiarów” jest lepiej – czytelnik dowiaduje się o nich więcej. Szkoda, że Karenira irytuje – przede wszystkim sprowadzaniem śmierci na innych oraz niedojrzałym zachowaniem (zwłaszcza w opowiadaniach). Jej osobista krucjata przeciwko sępom nie budzi chęci kibicowania jej, a chwiejność nastrojów nie zjednuje sympatii.

A skoro już o tym – czas przejść do rzeczy dość mocno psującej mi lekturę, a mianowicie wynurzeń na temat kobiet popartych przykładami, czyli bohaterkami. W jednym z wywiadów przeczytałam, że Kres chciał uczynić je „po męsku silnymi, a jednocześnie kobiecymi”. Owa „kobiecość” to, jak się okazuje, głównie stereotypowe wady płci pięknej, tudzież liczne opisy drugorzędowych cech płciowych. Kres z uporem godnym lepszej sprawy i zadziwiającą regularnością funduje czytelnikowi kolejne scenki z nagą Karenirą, jakby marzył o wydaniu swej powieści ilustrowanym przez Jarosława Musiała [1]. Miejscami wygląda to cokolwiek kuriozalnie, jak wtedy, gdy łuczniczka, zdjąwszy z siebie przemoczoną odzież, w zimnej jaskini (i nie, nie ma tam ogniska, za to jest – nieco dalej – dogorywający człowiek), leży „z nogami rozłożonymi w taki sposób, jakby zapraszała wszystkich mężczyzn świata”. Osobiście drażni mnie też bardzo porównywanie kobiecego ciała do konia: „mimowolnie ogarnął spojrzeniem okrągły, spięty jak u klaczy zad”. Rozumiem, że kobieta i kobyła mają prawdopodobnie ten sam źródłosłów, ale przypominam, że to pierwsze było na początku słowem obraźliwym.

Jakby tego było mało, zarówno w uwagach narratora, jak i w dialogach, powraca wciąż ten sam obraz. Oto wybrane przykłady:

„Z właściwym kobietom brakiem wyczucia dotknęła tej jednej, jedynej sprawy, której dotykać nie powinna”.

„Kragdob był mężczyzną; Hel-Krehiri kobietą. Nie miała żadnego pomysłu, co chciałaby w życiu osiągnąć”.

„Ot, po prostu: dwie kobiety w jednym miejscu nie mogły się lubić. Karenirę dziwił autorytet, jaki miała Kaga u podwładnych: ponadto czuła się urażona młodością i urodą rozbójniczki. Ta z kolei nie mogła darować przebiegaczce gór legendy, która otaczała jej postać (…). Wszystko to, co byłoby powodem wzajemnego szacunku dwóch mężczyzn, nieuchronnie zrażało do siebie kobiety. Zwykła rzecz na każdej ziemi i pod każdym niebem”.

„Hel-Krehiri wcale nie lubiła pleść trzy po trzy, co sprawiało, że nie każdy wierzył, iż jest prawdziwą kobietą”.

„Uważała, że dorównuje Kragdobowi i w żałosny, kobiecy sposób udowadniała to Ranerowi za pomocą siły”.

„Trudno powiedzieć, żeby lubiły się z Armą. Chociaż… Stosunki, fatalne na początku, zamiast ulec dalszemu pogorszeniu, po jakimś czasie poprawiły się nieco – rzecz niezwykła między kobietami”.

„Tutaj wszyscy, zamiast robić to, co trzeba, nagle zaczęli robić rzeczy dziwne i nie trzymające się kupy. Jak kobiety. A ty jesteś kobietą – zabrzmiało to jak obelga. – Jesteś niekonsekwentna”.

W całej książce znalazłam tylko jedną wypowiedź krytyczną o mężczyznach, padającą w dialogu (z ust kobiety, rzecz jasna). Warto jeszcze zwrócić uwagę, jak często bohaterki „Księgi całości” powtarzają, że nie rozumieją spraw tego świata i nie są w stanie ogarnąć umysłem wyjaśnień mężczyzn. W swojej recenzji na Esensji Jakub Gałka nazwał Kresa „zatwardziałym mizoginem”. Ja się zastanawiam, jaka była przyczyna powyższych wtrętów – Kres znany mi z felietonów i wywiadów sprawia wrażenie człowieka rozsądnego i nie nastawionego do kobiet wrogo, a i w „Grombelardzkiej legendzie” to panie odgrywają decydującą rolę. Autor „Piekła i szpady” twierdzi też, że nie pisze po to, aby przymilać się czytelnikom, więc jeśli uznać to za prawdę, należałoby odrzucić pomysł, iż był to sposób przypodobania się odbiorcom [2]. Pozostaje więc wytłumaczenie takie, że Kres wplótł te uwagi w tekst bezmyślnie, że odzwierciedlają one przekonania tak głęboko zakorzenione, że nie podlegające większej refleksji, przyjęte jako oczywiste. Szkoda, bo to go ogranicza dość mocno, co zauważyli także Miłosz Cybowski oraz wyżej wspomniany Jakub Gałka, pisząc w swoich recenzjach opublikowanych na Esensji o podobieństwie przewijających się przez karty „Księgi całości” postaci kobiecych. Jeśli o mnie chodzi, przychylam się do powyższej opinii, poza tym nie bawią mnie te wszystkie fragmenty spod znaku „a teraz wujek Zdzisek wam chłopcy opowie, jakie to baby są wredne, ku pouczeniu i przestrodze”.

Niemniej, nadal intryguje mnie wątek nazwijmy to historyczno-magiczny, czyli losy cesarstwa i całego Szereru splecione z wiszącymi nad nimi mocami. Zapewne w odpowiednim czasie sięgnę po „Panią Dobrego Znaku” – mam tylko nadzieję, że to wszystko faktycznie ku czemuś zmierza.

[1] Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że jego ilustracje faktycznie ozdabiały niektóre książki i opowiadania Kresa oraz że kojarzę tego rysownika z rozmiłowaniem w kreśleniu biustów (rozmiłowanie to osiągnęło taki poziom, że pamiętam ilustrację, w której na pierwszym planie znajdował się trup starej kobiety z nagimi piersiami).

[2] Ze względu na klamrę kompozycyjną można by jeszcze rozważyć możliwość i potraktować całość jako stylizowaną na wypowiedź mieszkańca tego świata. Tyle, że stylistycznie i „światopoglądowo” „Grombelardzka legenda” nie różni się od części poprzednich, także sam sposób narracji nijak nie brzmi jak coś, co mógłby napisać kronikarz. A nawet jeśli Armektańczycy mieliby zwyczaj, by pisać historie bohaterskie uwzględniające takie sceny jak wypróżnianie się w korytarzu w karczmie, to przecież historia Kareniry miała być spisana na osobiste zamówienie cesarskiej córki, do tego wywodzącej się z ludu, którego kultura nie dyskryminowała kobiet (może nie całkowicie, ale zdaje się nawet mniej niż nasza). Inna sprawa, że ów kronikarz przesłał swoje dzieło, zamiast wręczyć je osobiście.