Beatrycze Nowicka Opowiadania

Martwe jezioro (recenzja, E)

Grzechot kości

Marcin Mortka, wyd. Fabryka Słów

Pierwszy tom cyklu o Madsie Voortenie

Beatrycze Nowicka: 5,5/10

Zgodnie z zapowiedziami Marcina Mortki, jego „Martwe jezioro” jest klasycznym fantasy z wyprawą drużyny śmiałków, elfami oraz wiszącym nad światem widmem zagłady. Napisana zgrabnie książka z gatunku lektury na deszczowe wakacyjne popołudnie.

Dawno, dawno temu „Ostatnia saga” Marcina Mortki ocaliła moje nerwy podczas nauki do egzaminu z fizyki, za co autorowi jestem szczerze wdzięczna do dnia dzisiejszego [1]. Rzecz dziwna – niby narzekałam (m.in. na czarno-białych bohaterów), ale jednak polubiłam tę powieść. Jako że piraci i krzyżowcy niespecjalnie mnie interesowali, kolejny raz po twórczość Mortki sięgnęłam dopiero przy okazji „Martwego jeziora”.

Początek nie okazał się zbyt zachęcający. Po krótkim prologu, mającym przedstawić zarys historii świata, na scenie pojawia się samotny bohater – Mads Voorten zwany Ostrzem Burzy – który w pierwszej scenie wsławia się tym, że napotkanemu smokowi mówi „spierdalaj”. Niestety, nie wywołało to we mnie ani uśmiechu, ani zachwytu nad męskością tudzież charyzmą protagonisty. Po tej jakże wzniosłej konfrontacji następuje opis wyglądu postaci okraszony uwagami, jak czytelnik powinien go zinterpretować, czego osobiście nie cierpię. Autor nie omieszkuje także aż dwukrotnie określić swojego bohatera mianem charakternika. Na koniec podrozdziału mamy okazję raz jeszcze podziwiać dar przekonywania naszego wędrowca, gdy tym razem na jego drodze stają gobliny. Szczęśliwie później jest lepiej. Po topornym początku język się wygładza. Przedstawianie kolejnych bohaterów wypada naturalniej, dialogi brzmią potoczyście (inna sprawa, że przez większość czasu postaci kłócą się ze sobą), akcja się rozkręca.

Jak nietrudno zgadnąć, niebawem formuje się drużyna, w skład której wchodzą: wyżej wzmiankowany Mads (weteran, złowieszcze spojrzenie +10 do zastraszania, biegłość we władaniu włócznią, biczem i mieczem, sekret z przeszłości), szlachetnie urodzony Malhorn, mistrz miecza wpadający w bitewny szał, obdarzony wyjątkowo drażliwym usposobieniem, czarodziejka-kapłanka Elinaare, zdolna porażać przeciwników strumieniami ognia, rzucać uroki, a w razie potrzeby potrafiąca komuś „konfesjonalnie” wrazić sztylet w słabiznę, Istvan – niemy minstrel, który prócz gry na harfie potrafi też świetnie władać toporem, tajemniczy, kociooki łucznik Veilaan, a także gadający kruk. Gdy o nich czytałam, przed moimi oczami rozwijały się karty postaci do RPGów – tacy też oni są. Przemyślani, lecz brakuje im swego rodzaju niejednoznaczności, która „ożywia” literackich bohaterów. Zasadnicza motywacja Madsa nie jest trudna do odgadnięcia. Poza głównymi bohaterami w powieści pojawia się także m.in. chutliwy starzec obdarzony potężną magiczną mocą [2] oraz elfy – tym ostatnim bliżej do elfów Yeskova, niż Tolkiena.

Fabuła powieści nie jest skomplikowana – jedyny wątek stanowi wyprawa na drugi brzeg tytułowego Martwego Jeziora. Od czasu do czasu pojawiają się retrospekcje, czy scenki przedstawiające poczynania antagonistów drużyny. Akcja biegnie szybko, narracja prowadzona jest sprawnie i spójnie [3]. Otwarte zakończenie wskazuje, że bohaterowie stoją u początku swej drogi – w jego świetle „Martwe jezioro” jawi się bardziej jako rozbudowany prolog dłuższego cyklu.

Świat przedstawiony trudno nazwać oryginalnym, choć widać, że Mortka próbował nadać mu pewien indywidualny rys. „Słowiańskie” nazwy miejsc (kojarzące mi się trochę z Sagą o Twardokęsku) stanowią miłą odmianę, choć imiona głównych bohaterów brzmią już jak typowe imiona fantasy. Spodobał mi się także pomysł na smokopodobnego potworka, zwanego smyszą.

Zdecydowanie udają się Mortce opisy miejsc. Są na tyle krótkie, by nie spowalniać akcji i nie znudzić czytelnika, przy tym jednak pozostają wyraziste i tworzą odpowiedni klimat. Jeśli chodzi o przedstawianie akcji – nie przypadło mi do gustu kilkukrotne rozpoczynanie opisu od zwrotów w rodzaju „czas jakby zwolnił”. Lubię slow motion na filmach, ale celowe wyobrażanie go sobie podczas czytania książki już mnie nie porywa.

Humor przejawia się przede wszystkim w postaci utarczek słownych pomiędzy dzielną drużyną a krukiem i ponownie wywołuje skojarzenia z RPG (a raczej ze standardowym poziomem żartów oraz ripost padających na sesjach, który zasadniczo najwyższych lotów nie bywa).

Wydaje mi się, że warsztatowo Marcin Mortka rozwinął się od czasów „Ostatniej sagi”. „Martwe jezioro” czyta się naprawdę szybko i przyjemnie, nie żałując wydanych na książkę pieniędzy. Jest jednak znacząca wada – choć podczas lektury wszystko wydaje się w porządku, już po niej świat, bohaterowie i ich poczynania zaczynają w błyskawicznym tempie blaknąć. Madsowi daleko do Geralta. Brakuje „Martwemu jezioru” czegoś, co sprawiłoby, że będę tę książkę wspominać po latach, cytować strzępki wypowiedzi, wyobrażać sobie ulubione sceny, zastanawiać nad postępowaniem bohaterów. Niemniej, kto szuka rozrywki nie powinien się zawieść. Dodatkowo powieść jest także znakomitym materiałem na minikampanię RPG. W zasadzie wystarczy tylko rozpisać statystyki potworów i NPCów, narysować sobie mapkę oraz zadbać, by bohaterowie graczy mieli odpowiednią motywację do wyprawy i można grać.

[1] Czytanie o przygodach skalda Vidara, wojownika Haralda i karła Arnula stanowiło doskonałą odtrutkę po próbach rozważania kondensatorów mknących w próżni z prędkością przyświetlną i temu podobnych. Nierzadko zresztą skald Vidar wygrywał z dokonaniami Lorentza, Maxwella oraz reszty szacownego grona.

[2] Postać osobliwie lubiana przez mistrzów gry płci męskiej i wprowadzana w celu uprzykrzania życia postaciom graczek, które z uwagi na podeszły wiek i potęgę magiczną lubieżnego dziadka nie mogą go po prostu po gębie należycie obić. Akurat u Mortki dziadoszek zajmuje się przeważnie czymś innym niż rzucaniem uwag na temat wdzięków kapłanki.

[3] Jedyna rzecz, jaka mi nie pasowała to to, dlaczego pewna postać pozostała w tyle za grupą swoich rodaków.