Beatrycze Nowicka Opowiadania

Tancerze burzy (recenzja, E)

By uchronić świat od dewastacji

Jay Kristoff, wyd. Uroboros

Pierwszy tom trylogii „Wojna lotosowa”

Beatrycze Nowicka: 4,5/10

„Tancerze burzy” mogli być przyjemną rozrywkową fantasy, skierowaną raczej do nastoletniego czytelnika. Niestety, styl Jaya Kristoffa – w założeniu chyba kwiecisty i literacki – nieraz przyprawia o zgrzytanie zębów.

Nasilająca się tendencja, by światy fantasy opierać na kulturach innych niż europejska, wprowadza do tej konwencji nieco świeżości. Podobnie łączenie magii i technologii daje ciekawe rezultaty. Jay Kristoff dołożył do tego jeszcze wątek związany ze skażeniem środowiska. I chociaż w warstwie fabularnej całość nie zaskakuje – oto magicznie uzdolniona dziewczyna z pomocą legendarnej bestii i przyjaciela w jednym stają przeciwko Złemu Władcy – trzeba powiedzieć, że „Tancerze burzy” mieli pewien potencjał. Został on niestety zmarnowany przez nieudolne wykonanie.

Widać to choćby na poziomie kreacji świata. Japońskie inspiracje wprowadzają tu nieco przyjemnej egzotyki. Miejscem akcji są wyspy Shima, zamieszkane przez cztery klany pod wodzą szoguna. Są samurajowie, kimona, katany i innego rodzaju rekwizyty. Bohaterowie odpowiadają „hai” i tytułują innych „-sam”, bądź „–sama”, noszą też odpowiednio brzmiące imiona, ich bogowie wywodzą się zaś z szintoistycznego panteonu. Wielka szkoda jednak, że autor nie poszedł krok dalej, gdyż na wyżej wspomnianych elementach „japońskość” się wyczerpuje. Czytelnik nie ma wrażenia kulturowo-światopoglądowej odmienności bohaterów. Pojawiają się również elementy bardziej kojarzące się z kulturą europejską – od drobiazgów, w rodzaju wzmianki, że bohaterka była ubrana w „żałobną czerń” [1], przez wypowiedzi bohaterów na temat piekła i sądu nad duszami po śmierci, aż po walki niewolników na arenie, czy Strażników, ścigających i palących na stosach ludzi obdarzonych magicznym talentem. Choć, jak mawiali moi koledzy RPGowcy, „Rokugan to nie Japonia” [2], konsekwentnie budowany klimat Kraju Kwitnącej Wiśni uczyniłby „Tancerzy burzy” powieścią bardziej oryginalną i wartą zapamiętania. A tak, z jednej strony mamy drobiazgi, kojarzące się z tradycjami Japonii, z drugiej zaś bohaterów – w tym samego szoguna – o światopoglądzie nie różniącym się zbytnio od współczesnych Europejczyków i zupełnie swojsko obrzucających się wyzwiskami w rodzaju „ty dziwko”.

Brak przemyślenia szczegółów widać także w przypadku Gildii Lotosu – zamknięta grupa inżynierów dysponujących zaawansowaną technologią i nierozstających się ze swoimi kombinezonami jest ciekawą koncepcją, brakuje jednak doprecyzowanego obrazu owej technologii. Tu jakieś sterowce, tam palniki acetylenowe, trybiki i świetlówki, a już najbardziej dziwaczny wydaje się zwisający każdemu na piersi panel sterujący kombinezonem i zapewniający łączność, zwany „mechaliczydłem”. Oto jak opisuje je autor: „wyglądało jak liczydło, które ktoś zanurzył w kleju, a potem przeturlał po stosie kondensatorów, tranzystorów i lamp próżniowych”. Z powyższym zdaniem w kategorii „nie chciało mi się głębiej zastanowić nad tym, co piszę” konkurować mogą także inne, ot, choćby opis radzenia sobie bohaterki w lesie: „zaburczało jej w brzuchu, zerwała kilka bezpiecznie wyglądających kapeluszy, wsunęła też kilka za obi na później”, czy scena, gdzie inna postać w wiklinowym koszyku ukrywa sześćdziesięciocentymetrowy miecz.

Wszystko powyższe jest jednak niczym w porównaniu z estetycznymi (anty)walorami stylu autora, zwłaszcza we fragmentach w założeniu wyrazistych i dramatycznych. By czytelnik nie miał najmniejszej wątpliwości, że środowisko wysp Shimy zostało zniszczone przez rozwijający się przemysł, każde miejsce (poza ostoją przyrody w górach) opisywane jest przy pomocy takich przymiotników jak: brudny, obrzydliwy, śmierdzący, duszący, czarny – „w powietrzu wisiały opary lotosu zasilane dziesiątkami dziesiątków tłustych, czarnych strumieni, wypływających z rur wydechowych”, „olbrzymie, poczerniałe szeregi kominów rafinerii na południu wyrzucały w niebo smród i brud niczym czarne palce tłustego odoru i kwaśnego smaku, które wnikały w gardła wezbranego tłumu”, „daleko pod nimi znikał w oddali (…) pociąg towarowy, wymiotujący długimi strugami dymu”, „ulice dławiła czarnolica mgła, brudna plama rozsmarowana na niebie”.

Podobnie pseudoekspresyjne zdania towarzyszą dramatycznym wydarzeniom: „balon zamienił się w poczerniały szkielet, rozświetlony od wewnątrz ogniem, w trupią latarnię na święto zmarłych”. Opisy magicznych istot pełne są wyrażeń w rodzaju „cuchnął otwartym grobem i płonącymi włosami”, „pogrzebowe świece oczu zalewały las migotliwym blaskiem”, „warknął coś w mrocznej karykaturze języka”, „ryknął w obliczu śmierci, dumny, wyzywający niczym król na rzucanym wiatrem tronie”, „skrzydła szarpały przestrzeń, w której rodzi się lot”. W przeklętej świątyni wyryto „mroczne słowa wzywające mroczniejsze serca”, a dogorywający wróg to „puste drgające mięso”. Kiedy bohaterowie ulegają gwałtowniejszym uczuciom „toną w otchłani rozpaczy”, „szybują bezsilnie w pustej czerni”, ziemia pęka im pod stopami, pierś przeszywają noże, strach „zamienia im wątpia w wodę” a „żołądek w masło”, ból zaś „rozcapierza krwawe dłonie”. Kristoff upodobał sobie także czasownik „całować” – wiatr scałowuje pot z twarzy, powietrzny statek całuje wieżę, do której cumuje, cisza całuje „odrętwiałe uszy”, ogień z wodą całują się na płonącym sterowcu itp. W moim przypadku stężenie „kwiecistości” tekstu przekroczyło pewien poziom krytyczny, powyżej którego język powieści zaczął po prostu śmieszyć i temu chyba należy przypisać fakt ukończenia przeze mnie lektury.

Chwilami razi natrętny dydaktyzm – ideę przyświecającą autorowi uważam za szczytną, jednak sposób jej prezentacji obraża inteligencję czytelnika. Wspomniałam o opisach zanieczyszczonego środowiska – wydaje mi się, że lepszy byłby obraz Shimy przedstawiony z punktu widzenia bohaterki, przyzwyczajonej do takiego stanu rzeczy, bez nieustannego wartościowania. Moment, gdy Yukiko trafia w góry byłby właściwym miejscem dla opisania kontrastu pomiędzy skażonym południem kraju, a ostatnim dzikim skrawkiem na północy. Przedstawienie zdziwienia i zachwytu dziewczyny, po raz pierwszy od wczesnego dzieciństwa stykającej się z lasem, byłoby bardziej sugestywne [3], niż wygłaszane przez tygrysa gromu tyrady w stylu „kiedy schwytacie ostatnią rybę, gdy zatrujecie ostatnią rzekę, wówczas pojmiecie, coście uczynili. A wtedy będzie już za późno”.

W świetle powyższego i tak sporym sukcesem jest to, że „Tancerzy burzy” da się w miarę szybko czytać. Akcja biegnie wartko, bohaterowie, choć nakreśleni bardzo schematycznie, od czasu do czasu wzbudzają uczucia. Dla osób niezwracających szczególnej uwagi na język, „Tancerze burzy” mogą być całkiem znośną lekturą na parę godzin. Pozostałym, zainteresowanym podobną tematyką, radziłabym zamiast tej powieści obejrzeć sobie „Księżniczkę Mononoke”.

[1] W Japonii ze śmiercią kojarzona jest biel.

[2] Rokugan to kraj opisany w inspirowanym Japonią systemie RPG Legenda Pięciu Kręgów. Podobno pomyślany jako przygodowe fantasy w egzotycznej scenerii, przez pewną frakcję graczy system ten zamieniony został w drobiazgowe odgrywanie japońskich zwyczajów etc. Do – nomen omen – legendy przechodziły sesje, gdzie całe godziny mijały na ceremoniach picia herbaty, wręczaniu podarków z trzykrotnym odmawianiem itp.

[3] No dobrze, byłoby bardziej sugestywne, gdyby nie pisał go Kristoff.

PS. „Tungsten” to po prostu wolfram, zastanawiam się zatem nad sensownością stosowania określenia „tungstenowe lampy”.