Beatrycze Nowicka Opowiadania

Dziedzictwo krwi (recenzja, E)

Bajka o księżniczce i łotrzyku

Amelie Wen Zhao, wyd. Rebis

Pierwszy tom trylogii „Dziedzictwo krwi”

Beatrycze Nowicka: oba 4,5/10

„Dziedzictwo krwi” Amelie Wen Zhao, będące powieściowym debiutem i zarazem pierwszym tomem planowanej trylogii, to dość typowa mieszanka wątków przygodowych z romansowymi.

Nieczęsto mi się to zdarza, ale w przypadku „Dziedzictwa krwi” o lekturze zadecydowała grafika na okładce – i to do tego stopnia, że nie zniechęciło mnie nawet porównanie do „Szklanego tronu”. Nie jest ono nieuprawnione, bo obie powieści mają ze sobą sporo wspólnego. Łączy je typ głównej bohaterki – wyjątkowej, wybranej, posiadającej potężne magiczne moce i predystynowanej do wyższych celów tudzież zdobycia odpowiedniej jakości mężczyzny. Na szczęście księżniczka Anastazja nie jest aż tak głupia, jak (niestety) niezapomniana „zabójczyni” Celeana [1], ochrzczona przeze mnie w myślach cielęciną. Bohaterka stworzona przez Wen Zhao ma charakter i niemądrze zachowuje się tylko czasem, choć gdy już to robi, jej porażki bywają spektakularne.

„Dziedzictwo krwi” ewidentnie powstało na fali popularności książek Leigh Bardugo – nawet mapa świata jest dosyć podobna. Moda na inspiracje rosyjską kulturą trwa, szkoda tylko, że są one bardzo powierzchowne. Spośród znanych mi zachodnich autorek fantasy jedna Catherynne Valente zadała sobie trud, by bardziej zagłębić się w temat, ale to, że tak powiem, zupełnie inna liga. Trylogii Bardugo o Griszach nie czytałam, choć w Internecie znalazłam komentarz Rosjanki punktujący rozmaite wpadki. Miałam okazję za to zapoznać się z „Niegodziwymi świętymi”, z którymi „Dziedzictwo krwi” współdzieli „quasi-rosyjskość”. Są więc „słowiańskie” nazwy własne (w rodzaju Cesarstwo Cyrilyjskie), wtrącenia w wymyślonym języku (dla mnie brzmiące dosyć boleśnie, zwłaszcza gdy Wen Zhao przekręca angielskie słowa, np. zimowy kiermasz zostaje nazwany „wyntr’maktem”), a także dużo śniegu, tajga porastająca większość kraju oraz dacze. Dla autorki to pewnie drobiazg, ale jeśli bohaterka została przedstawiona jako Anastazja Michajłowna, to informacja, że jej ojciec nazywa się Aleksander, mnie drażni, podobnie jak zdrabnianie jej imienia na „Ana”.

To jednak wymyślony świat, a nie Rosja, więc można by przymknąć oko na te kwestie, gdyby tylko powieściowe uniwersum było wewnętrznie spójne, a fabuła – przemyślana. Tymczasem widać, że Zhao miała pomysły na pewne wątki oraz sceny, jednak nie zastanowiła się poważniej nad swoją wizją i nie starała się uwiarygodnić przebiegu wydarzeń. Oto czego dowiaduje się czytelnik o cesarstwie: „las borealny rozciągał się od (…) najbardziej wysuniętego na północ krańca Cyrilii, aż po Góry Strannyje, które stanowiły na południu granicę (…). Tu, na północy śnieg nigdy nie topniał, ale Ana wiedziała, że na południu latem widać czubki zielonej trawy i szyszki wystające spod białego welonu.” Czy mam zatem rozumieć, że ten podobno zamożny i potężny kraj pokryty jest przez cały rok śniegiem? Z innych ciekawostek – w Cyrilli tajga podchodzi praktycznie pod sam cesarski pałac, a opuszczone, ale wciąż w całkiem dobrym stanie chatki oraz ruiny są na tyle gęsto rozmieszczone, by bohaterowie mieli gdzie nocować w podróży. Księżniczka Anastazja, która – wrobiona w morderstwo – musiała uciekać z pałacu (z opisu wynikałoby, że nie miała czasu na to, aby się spakować), w jakiś sposób przeżyła samotnie niemal rok i w dodatku skądś miała pieniądze na opłacanie ludzi szukających dla niej informacji. Zważywszy na to, jak nierozsądnie dziewczyna zachowuje się już w pierwszych kilku rozdziałach, zastanawiam się, jakim cudem miałaby radzić sobie wcześniej.

Doszczętnie przemoczeni i poobijani bohaterowie wędrują na mrozie ponad dwie godziny. Osoba znikąd zostaje arystokratką mającą prawa do tronu. Złodziej bez problemu kradnie na targu: tunikę, kamizelkę, spodnie, buty i futro (aż mi się przypomniała scenka z „Gamersów”, gdzie dedekowy łotrzyk świsnął bywalcowi karczmy gatki, a potem atakował z zaskoczenia strzelając z balisty, ponieważ w podręczniku nie napisano, że to niemożliwe). Nieco później ten sam bohater, będąc w trakcie pojedynku z osobą wysłaną specjalnie po to, aby go dopaść, myśli sobie, że mógłby wykorzystać okazję i uciec (rozumiem, gdyby snuł takie refleksje kilka minut wcześniej, kiedy jego przeciwnik był zajęty). Mapy, plany i rysunki wcześniej zajmujące całe biurko mieszczą się w torebce, wedle opisu przypinanej do nadgarstka, a lina potrzebna do ucieczki z więzienia pojawia się znikąd. Przykłady można mnożyć, także jeśli chodzi o sensowność zachowania postaci w niektórych sytuacjach. Szkoda, bo na bazie koncepcji wyjściowej dałoby się stworzyć powieść o wiele zgrabniejszą.

Jak często bywa w książkach, gdzie chodzi przede wszystkim o pokazanie, jak dzielna jest główna bohaterka, oraz o poprowadzenie wątku miłosnego, „Dziedzictwo krwi” ma dwójkę głównych bohaterów, a reszta została zepchnięta na plan dalszy. Przynajmniej Wen Zhao poświęciła trochę uwagi obmyśleniu przeszłości Anastazji i Ramsona, a także zastanowiła się nad jej wpływem na ich osobowość oraz poglądy, choć znów – można było portrety psychologiczne pogłębić. Księżniczka jest odważna i zdeterminowana, ale też porywcza, co nierzadko wpędza ją w kłopoty. Jej towarzysz zaś to ucieleśnienie zgubnego dla wielu kobiet mitu pt. „pod moim wpływem on się zmieni na lepsze”. Ramson Złotousty (do którego to przezwiska niezbyt pasuje fakt, iż jego najbardziej charakterystyczną odzywką jest „dobra, dobra”) w teorii jest budzącym postrach baronem przestępczego światka. W praktyce jednak, poza bardziej egoistycznymi działaniami z pierwszych rozdziałów, prezentuje on typ „miał trudne dzieciństwo, jednak w głębi duszy jego tli się iskierka dobra i tylko czeka, aż odpowiednia dziewczyna ją roznieci.” Tu nawet trudno mówić o wiarygodnej i stopniowej wewnętrznej przemianie – wygląda to tak, jakby po napisaniu pewnej liczby stron Wen Zhao uznała, że już czas zacząć to, co czytelniczki lubią najbardziej, więc praktycznie z rozdziału na rozdział Złotousty zamienia się w amanta (w równie subtelny sposób zostaje też wprowadzony na karty książki nagle spotkany po latach przyjaciel Anastazji z dzieciństwa – widać autorka stwierdziła, że bez miłosnego trójkąta się nie obejdzie). Inna sprawa, że scenka, w której bohaterowie zaczynają mieć się ku sobie, została wprowadzona bez specjalnego wyczucia, chyba w najgorszym możliwym momencie.

Podobnie jak wiele innych debiutujących autorek fantasy dla nastoletnich czytelniczek, Wen Zhao łatwo popada w sentymentalny kicz: „rozpacz była czarną dziurą bez dna (…) była niczym ostry, bezlitosny nóż” „ich błagania zalewane były przez fale okrutnego księżyca”, „tonąc po ciężarem krwi i przeszłości, mimo wszystko kierowała się ku światłu, tymczasem Ramson odwrócił się w stronę mroku”, „była igłą w jego kompasie, świtem, którego jego okręt tak długo szukał na pustym horyzoncie”. Dwa najlepsze cytaty zostawiłam na koniec: „czuła, jak jakaś magnetyczna siła przyciąga ją do loczków na jego karku”, „pochylił głowę w jej stronę, jego oczy sunęły po jej twarzy” (w tym momencie przed oczyma duszy mojej bohater przedzierzga się w ślimaka).

Przyznam jednak, że od czasu do czasu lubię sobie tego typu książkę przeczytać – dla czystego relaksu, odrobiny śmiechu i świadomości, że wiem, dokąd to wszystko zmierza. Trzeba powiedzieć, że w „Dziedzictwie krwi” akcja biegnie wartko, a narracja jest na tyle potoczysta, że – nie licząc okazjonalnych wybuchów patosu i romantycznych uniesień – czyta się tę powieść gładko. Znalazło się też parę ładnych opisów. Wiem, że losy Anastazji raczej nie zagoszczą na dłużej w mej pamięci, ale też nie żałuję lektury. Do tego książka pisana była bardziej z myślą o młodszym odbiorcy. Fankom romansowo-przygodowej konwencji pewnie się spodoba, pozostali wielbiciele fantasy raczej nic nie stracą, jeśli sobie „Dziedzictwo krwi” darują.

[1] Po przykłady odsyłam do podlinkowanej recenzji „Szklanego tronu”. Popularność cyklu Sarah J. Maas stanowi dla mnie jedną z zagadek wszechświata. Tak przy okazji – jakiś czas temu usłyszałam, że na spotkaniach pewnego książkowego klubu dyskusyjnego w Danii (którego członkami są osoby mające sporo więcej niż kilkanaście lat) powieści tej autorki stanowią jedne z częściej omawianych.

W Stanach ukazała się już całość, w Polsce na razie pierwsze dwa tomy (Rebis jest solidnym wydawnictwem, więc sądzę, że za jakiś czas ukaże się i przekład finału). Jak nietrudno wywnioskować z recenzji, książka nie wydała mi się na tyle dobra, by sięgać po część kolejną.