Beatrycze Nowicka Opowiadania

Reinkarnacja Jonathana Hilla

To był jeden z tych dni, które nadchodzą niezależnie od tego, jak bardzo usiłujemy je od siebie odsunąć. Na ironię losu zakrawa fakt, że okazał się piękną, słoneczną niedzielą, w czasie której, jak co tydzień, Jonathan Hill odwiedził swoją córkę. Po obiedzie zasiedli całą rodziną w salonie. Rebeka opowiadała o swoich niebywałych sukcesach w pracy, starając się przy tym ukryć to, że przez cały czas była połączona z siecią. Zięć wpatrywał się tępo przed siebie, stanowiąc sztandarowy przykład uzależnienia od Syma. Jonathan nie miał pojęcia, co jego córka widzi w tym człowieku. Kiedyś nawet odważył się o to zapytać – odpowiedziała mu, że Matt pisze dla niej niezłe programy, a poza tym jest świetny w łóżku. Ponieważ ojciec nie zdołał ukryć zdziwienia, wyjaśniła, że oczywiście chodzi o seks w VR. Próbowała rozwijać temat, a protesty skończyły się narzekaniem na brak przystosowania Jonathana do współczesnego świata, zakończonym rytualnym „dałbyś sobie przynajmniej wmontować gniazdo”. On jednak nie chciał, by wszczepiano mu do mózgu elektrody – na samą myśl o drutach sięgających w głąb jego ciała czuł się niewyraźnie. Nie uległ namowom rodziny, lecz z tego powodu jego kontakty z bliskimi ograniczały się do owych coniedzielnych popołudni, w czasie których wszyscy udawali, że dobrze się ze sobą bawią. Wszyscy z wyjątkiem Sary. Jonathan pamiętał, jak kiedyś wstała i spytała, kiedy dziadek już sobie pójdzie, bo ona umówiła się z kolegami w Symie. Rebeka zareagowała wtedy nadzwyczaj ostro i mała dostała pięciogodzinny zakaz korzystania z netu. Od tamtej pory już się nie odzywała. Siedziała nieruchomo w kącie kanapy i wpatrywała się w Jonathana wyczekująco swoimi wielkimi, szarymi oczami. Milczący wyrzut sumienia.

Można by sądzić, że właśnie tego rodzaju scena spowoduje nagłe i niechciane oświecenie Jonathana, któremu już wcześniej zdarzało się czuć pomiędzy bliskimi niczym muzealny eksponat. Jednak nie. Feralnego popołudnia Sara była wyjątkowo ożywiona – wdrapała się dziadkowi na kolana i żywo gestykulując opowiadała o awansie swojej czarodziejki na kolejny poziom. Nawet zazwyczaj milczący Matt rzucił kilka zdań o wyczynach własnego druida, a Rebeka dodała, że jej także zdarza się czasami pogrywać „oczywiście poza godzinami pracy”. Jonathan słuchał, starając się potakiwać odpowiednio często. I wtedy, bez żadnego ostrzeżenia dotarło do niego, że dzieli go od nich otchłań czasu. Czasu, z którego w dodatku niewiele pamiętał. Garść wyblakłych scenek – tylko nieliczne był w stanie przypisać do konkretnego roku. Reszta unosiła się w bliżej nieokreślonej przeszłości: drobne wydarzenia, urywki, nic godnego uwagi. Trochę ciepłych myśli o Danie, kilka wspomnień z wycieczek z młodości. Dni spędzane w warsztacie stolarskim. Niektórzy śmiali się z Jonathana. Po co pracować, skoro większością rzeczy zajmują się maszyny, nad którymi czuwają nieliczni, wykwalifikowani i dobrze opłacani fachowcy, zaś Sym oferuje nieograniczone możliwości rozrywki? Odpowiadał wtedy, że „woli czuć, iż coś w życiu robi”. Lubił satysfakcję ogarniającą go na widok ukończonej pracy. Jego meble miały wzięcie i nawet nieźle na nich zarabiał – posiadanie w swoim domu rękodzieła w czasach niemal całkowicie zmechanizowanej produkcji było jeszcze bardziej snobistyczne niż w poprzednich stuleciach. Przez wiele lat to wystarczało. Jonathan uważał się za człowieka szczęśliwego i spełnionego.

Teraz jednak złośliwa myśl na dobre zagnieździła się w jego czaszce. Ostrożnie zsadził wnuczkę z kolan i poszedł do łazienki. Z lustra spojrzała na niego twarz sześćdziesięcioletniego mężczyzny. Siwiejące, rzadkie włosy zaczesane tak, by zakryć powiększającą się łysinę. Obwisłe policzki, podwójny podbródek, sińce pod oczami. Zmarszczki. Jego twarz. Jak mógł wcześniej tego nie dostrzegać? Przez chwilę Jonathan usiłował wmawiać sobie, że przesadza. Włosy przerzedziły się tylko trochę, a sińce pod oczami robiły mu się także w młodości. Jasne. Wyciągnął z kieszeni przenośny datapad i wyświetlił swoje zdjęcie sprzed trzydziestu lat. Różnica była przytłaczająca. Popatrzył w dół na pokaźny brzuch, na ręce, gdzie spod skóry zaczynały prześwitywać niebieskawe żyły i na której malowały się ciemniejsze plamy. Oparł się ciężko o umywalkę. Bezosobowy głos natychmiast zapytał go, czy potrzebuje leków na nadciśnienie. Zaprzeczył, wyprostował się i energicznym krokiem wrócił do salonu.

Wyraz twarzy ojca zaniepokoił Rebekę. Jonathan uprzedził jej pytanie.
– Nie najlepiej się czuję. Chyba już pójdę.
Spojrzenie córki na chwilę stało się nieobecne.
– Wagon będzie za minutę. Czy ma cię zawieźć do kliniki?
Jonathan machnął ręką.
– Nie sądzę, by to było coś poważnego.
– Kiedy ostatnio aktualizowałeś HomeMeda?
Zastanowił się. Widząc jego zasumowaną minę, Rebeka ponownie połączyła się z siecią.
– Zainstaluję dla ciebie najnowszą wersję – powiedziała stanowczo – Chociaż być może starsze są bardziej… kompatybilne z tobą.
– Chcesz powiedzieć, że są równie staroświeckie, jak ja – Jonathan uśmiechnął się kwaśno – Nie uwzględniają tych wszystkich waszych modyfikacji.
– Zawsze uważałam, że źle robiłeś, skąpiąc na lekarzy. Jakiś miesiąc temu widziałam się w realu z matką i uwierz mi, wygląda jak moja siostra – odparowała Rebeka – Nie rozumiem, co zdrożnego widziałeś w terapii komór…
– Masz rację – wiedział, że tylko w ten sposób utnie jej tyradę. Poza tym, zastanowił się nagle, pewnie istotnie miała rację – Obiecuję, że przejdę się do kliniki.
– To dobrze – podsumowała Rebeka tonem nie znoszącym sprzeciwu – Powiem matce, że zacząłeś postępować rozsądnie. Ucieszy się. Zawsze żywiła do ciebie pewien sentyment, choć nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego byłeś taki… anachroniczny.
– Może chciałem zatrzymać czas – mruknął bardziej do siebie. „I patrz, zamiast tego zestarzałeś się szpetnie, podczas gdy twoja eks prowadza się z dwudziestolatkami. A to ci się udało!” – Dam ci znać, jak będę coś wiedział.

Zdecydował, że wysiądzie wcześniej i przejdzie się choć kawałek. W głębi duszy liczył na to, że przekona sam siebie odnośnie własnej kondycji. Jednak widok przechodniów całkowicie zepsuł mu humor. Wszyscy mieli smukłe, wymodelowane sylwetki, gładką skórę i gęste włosy. Jonathan zapragnął jak najszybciej wrócić do siebie i zamknąć się w pachnącym kurzem, pozbawionym większości nowoczesnych udogodnień mieszkaniu. Ukryć się i przeczekać. Już w domu rozsiadł się w swoim ulubionym fotelu i włączył muzykę. Nie na wiele się to zdało. Po pięciu minutach stwierdził, że boli go kręgosłup. Resztę dnia Jonathan spędził, próbując odcyfrować dane z HomeMeda. Nazajutrz z samego rana zadzwonił na infolinię medyczną, jednak program diagnostyczno-konsultacyjny wyrzucił z siebie kolejny stek dziwnie brzmiących słów. Rozumiał tylko jedno. Postępująca degeneracja. Wiedział, że to normalne. Nawet ci, którzy poddawali się kosztownym terapiom opóźniającym starzenie, w końcu umierali. „Ale żyli znacznie dłużej” – wykrzykiwał głos w jego głowie. Przez jakąś godzinę Jonathan miotał się w panice po mieszkaniu, zanim zamówił porządną dawkę antydepresantów, które pogrążyły go na resztę dnia w błogiej beztrosce. Gdy poczuł, że działanie leku mija, łyknął tabletki nasenne. Po tygodniu na środkach miał już tego serdecznie dosyć. Musiał zdecydować się na ten krok.

Klinika przeraziła Jonathana. Jasny, przeszklony hol, gdzie spotkał zaledwie jednego pacjenta. Automatyczna recepcja. Biała sala przyjęć, w której rozmawiał z kolejnym botem. Program skierował mężczyznę na badania i zaoferował nocleg w obrębie szpitala. Po trzech dniach miał już wszystkie wyniki – od morfologii po rezonans magnetyczny. Rozumiał tylko niektóre z nich. Znaczący ubytek czerwonego szpiku. Twardnienie chrząstek. Spadek zawartości wapnia w kościach. Otłuszczenie narządów wewnętrznych. Mętnienie soczewek. Ubytek receptorów słuchowych. Skrócone telomery. Automat medyczny nie wykazał się zbytnią empatią. Bezosobowym głosem poinformował Jonathana, że przy odpowiednim leczeniu powinien pożyć jeszcze ze dwadzieścia lat. Wygenerował plan ćwiczeń, optymalną dietę, podał najodpowiedniejszą długość snu. Zaoferował wszczepienie implantów w kręgosłup, operacje plastyczne, kurację z wykorzystaniem kwasu hialuronowego, odsysanie tłuszczu oraz wymianę ucha wewnętrznego na elektroniczne analogi. Jonathan przystał na wszystkie propozycje.

Kilka miesięcy później rzeczywiście czuł się lepiej. Z lustra spoglądała na niego znacznie młodsza twarz. Zniknął także brzuszek. Jonathan gratulował sobie odwagi. Pierwsze tygodnie po operacjach spędził w Symie. Teraz nie mógł zrozumieć, dlaczego tak długo bronił się przed podłączeniem. Tyle lat marnował takie możliwości… Rebeka miała rację, a teraz musiał wszystko nadrobić. Z gorliwością świeżo nawróconego Jonathan zagłębił się w sieci. Nie musiał długo czekać na spodziewane korzyści. Pojawiły się też takie, których nie oczekiwał. Nigdy jeszcze nie miał tylu znajomych. Sara nareszcie się do niego przekonała – nawet pomogła mu zaprojektować własnego awatara. Mógł się codziennie widywać z córką. Lepiej też poznał swojego zięcia, który w VR prezentował się niezwykle efektownie. Wnuczka zdradziła Jonathanowi, że tworzenie cyfrowego wizerunku zajęło jej ojcu pięć miesięcy. Efekt był wart włożonej pracy. Jonathan także próbował nauczyć się programowania, by móc w większym stopniu wpływać na swoją prywatną przestrzeń i wygląd awatarów. Matt wyszperał dla niego program graficzny z bardzo intuicyjnym interfejsem, w którym obiekty generowało się, rzeźbiąc w bryłach o zadanych wymiarach. Rzemieślnicze doświadczenie Jonathana nieoczekiwanie okazało się bardzo przydatne i nawet sceptyczna zwykle Rebeka pochwaliła wysiłki ojca.

W ten sposób kupił sobie dodatkowe sześć lat spokoju. Regularnie odwiedzał klinikę, co tydzień uczęszczał też do prawdziwego, żywego psychologa i dla pewności korzystał z usług analogicznego oprogramowania. Doktor Lena Harris bardzo wspierała starania Jonathana. Pomagała układać sobie plan dnia i wybierać życiowe cele. Zachęcała do aktywnego trybu życia. Logiczną argumentacją rozwiewała obawy mężczyzny, a w razie przedłużającej się chandry przepisywała leki. Tłumaczyła, że wszczepy mają na celu podwyższenie komfortu i „nie ma się czym martwić, teraz wszyscy tak robią.” Jonathan ufał jej bezgranicznie. Do czasu. Któregoś dnia spostrzegł, że odpowiedzi i porady doktor Harris są mniej zróżnicowane niż te, które podsuwał mu program. Matt wyjaśnił teściowi, że baza danych software’u zawiera terapie gromady specjalistów. Argument był sensowny, jednak Jonathan nabrał podejrzeń. Zamiast bezkrytycznie przyjmować wszystko, co psycholożka do niego mówiła, starał się analizować jej wypowiedzi. Zauważył, że ilekroć zaczyna mówić Lenie o swoim lęku przed śmiercią, ona zręcznie zmienia temat rozmowy. Po co martwić się o przyszłość i zatruwać swym strachem teraźniejszość? Technika medyczna cały czas idzie do przodu. Na pewno coś wymyślą. Lepiej niech opowie jej o swoim tygodniu. Czy zrealizował plan? A może wykonał coś ponad? Tak? To znakomicie, wprost cudownie… Naprawdę, niejeden mógłby pozazdrościć Jonathanowi determinacji i werwy. Kto, jak kto, ale on żyje pełnią życia. Powinien odczuwać satysfakcję. Jeśli jednak jego poziom zadowolenia spada, najlepiej niech wybierze się w podróż. Ona na przykład dwa miesiące temu odwiedziła rezerwat lemurów na Madagaskarze. Było cudownie. Jeśli tylko Jonathan zechce, może zobaczyć w Symie zarejestrowany zapis jej podróży. Może to go zachęci.

Osiągniętą wielkim wysiłkiem równowagę zniszczyło kolejne z pozoru błahe wydarzenie. Tym razem rzecz miała miejsce w Symie. Ork-szaman pokonywał Jonathana w każdej kolejnej walce, a przecież powiedziano mu, że z jego poziomem spokojnie mógł mierzyć się z tym bossem. Gdy po raz kolejny udał się do chaty szamana obładowany wszelkim dostępnym sprzętem i na wszystkich możliwych eliksirach, zastał orka już ubitego. Zwycięzcą okazał się elficki wojownik, cztery poziomy niższy od postaci Jonathana. Dogadali się i zrobili kilka wspólnych wypraw. Elf zaprosił nawet nowego towarzysza do swojej drużyny. Jonathan nagrywał ich wspólne walki, by potem bez końca je odtwarzać i analizować. Wnioski były jasne. Byli od niego szybsi. Znacznie szybsi. Wyszperanie programu do pomiarów czasu reakcji nie było trudne. Wykonał testy i porównał ze średnimi wynikami. Wypadł niekorzystnie. Powód mógł być tylko jeden. Mężczyzna udał się do kliniki na trzy miesiące przed przewidzianymi badaniami okresowymi, a następnie przeanalizował i porównał swoje dane medyczne z ostatnich pięciu lat. Stosunkowo szybko zorientował się, że owszem, starzenie zostało spowolnione, ale nie tyczyło się to układu krążenia oraz nerwowego.

Po głębszej analizie Jonathan dostrzegł też, że sporo zaleconych terapii miało jedynie sprawić, by wyglądał i czuł się młodziej. Leki, które zażywał, w większości były po prostu stymulantami. Gdy rzucił prochy, po paru dniach poczuł się wykończony. Nie mógł spać, miał kłopoty z koncentracją, trzęsły mu się ręce. Automat diagnostyczny grzecznie i bezosobowo wytłumaczył, że konieczne będą bardziej zaawansowane terapie. On nie może takich zalecić – do tego niezbędna jest konsultacja żywego specjalisty. W jego bazie danych były jednak odpowiednie kontakty. Jonathan natychmiast umówił się na wizytę.

Ta klinika zrobiła na Jonathanie o wiele lepsze wrażenie – elegancka i otoczona zielenią. Gabinet doktora Kreissa mieścił się w elipsoidalnym przeszklonym budynku, połączonym z resztą kompleksu korytarzami ciągnącymi się na i nad poziomem gruntu. Wewnątrz czekała na Jonathana młoda kobieta w białym uniformie z logiem Exchange. Zainkasowała opłatę za wizytę i zaprowadziła do gabinetu. Tam Jonathan wyrzucił z siebie wszystkie obawy. Gdy skończył, lekarz roztoczył przed nim wspaniałą wizję możliwości wymiany zużytych organów i komórek. Cena, której zażądał za przeprowadzenie terapii, była wprawdzie wygórowana, ale „na własnym zdrowiu nie warto oszczędzać, czyż nie?” Jonathan był oczarowany nowymi perspektywami.
– Kiedy będziemy mogli zacząć? – zapytał, gdy już skończyli omawiać kwestie finansowe.
– Kiedy tylko pan zechce. Choćby jutro. Jedyne co nas ogranicza, to czas transportu pańskich zabankowanych komórek – odparł dr Kreiss, szczerząc w nienagannym uśmiechu garnitur implantów.
Jonathan zdębiał.
– Jakich zabankowanych komórek?
Tym razem lekarz przez chwilę wpatrywał się w pacjenta nierozumiejącym wzrokiem.
– Pańskich zabankowanych komórek macierzystych – odpowiedział powoli – Czyżby pan ich nie posiadał?
Kilkanaście następnych sekund zajęło Jonathanowi rozpaczliwe przeszukiwanie pamięci. Potem poddał się i połączył z miejską kliniką. Jego najgorsze obawy potwierdziły się szybko. Nie było żadnych zabankowanych komórek. Owszem, to była standardowa procedura. Nie skorzystał z niej.
– Nie deponowałem swoich komórek – odpowiedział wreszcie.
Dr Kreiss aż odchylił się w fotelu.
– W ogóle? – zapytał z niedowierzaniem.
– Widzi pan, jak byłem młody, nie myślałem o takich rzeczach. Czy to komplikuje procedurę?
– Przykro mi to mówić, ale to uniemożliwia procedurę.
Jonathan zmartwiał.
– Ale czy… w takim razie nie można pobrać tych komórek teraz?
Lekarz pokręcił głową.
– W pańskim wieku nagromadzenie przypadkowych mutacji jest zbyt duże. Ryzyko nowotworzenia przekracza normę… To znaczy, że istnieje spora szansa, że w wyhodowanych przez nas tkankach rozwinie się nowotwór – dodał, widząc zdezorientowaną minę Jonathana.
– Ale to tylko szansa… – zaoponował niedoszły pacjent słabym głosem.
– Nie podejmiemy takiego ryzyka – powiedział Kreiss twardo – Pół wieku temu, kiedy technologia była nowa, wiele klinik zbankrutowało w wyniku pozwów.
– Mogę podpisać, że to na własną odpowie…
– Nie – uciął lekarz.
– Zapłacę… – bronił się Jonathan.
– Czyżby sugerował pan łapówkę?
– Nic z tych rzeczy… Ja po prostu…
– Proszę pana. Naprawdę nie możemy panu pomóc. Sam pan sobie winien.
Jonathan aż skurczył się w fotelu. Twarz dr Kreissa na moment złagodniała.
– Proszę się tak nie zamartwiać. Stan pańskiego zdrowia jest wysoce zadowalający. („jak na pański wiek” dodał w myślach Jonathan). Proszę kontynuować stosowaną obecnie terapię. I nade wszystko unikać stresów. Mogę przepisać panu znakomity środek. Zobaczy pan, poczuje się pan jak nowo narodzony.
– Kolejny neuromodulator? – spytał stary człowiek zjadliwie.
– Panie Hill – ton głosu lekarza na powrót stał się ostry – Może pan nie brać modulatorów i spędzić kolejne lata („ostatnie lata mojego życia”) czując się fatalnie, albo je brać i przynajmniej cieszyć się dobrym samopoczuciem. Co pan wybiera?
Nie zastanawiał się długo. Elektroniczną receptę przesłano mu przez Sym.

Teraz pozostało tylko łykać prochy, siedzieć jak najwięcej w VR, by nie musieć za często oglądać ani czuć swojego ciała i czekać na koniec. Postawiony wobec nieuchronnego Jonathan przypomniał sobie, że przecież podobno (tak mówiła mu matka) posiada nieśmiertelną duszę. Za młodu niespecjalnie się tym interesował, głównie dlatego, że religia jego rodziców wymagała dyscypliny i samoograniczania się, nie oferując niczego w zamian, poza mglistymi obietnicami nagrody w przyszłym życiu. Teraz jednak potencjalne zaświaty wydały się Jonathanowi lepsze niż nic. Niezawodna wyszukiwarka w kilka setnych sekundy sporządziła dla niego listę bardziej i mniej popularnych doktryn wraz z adresami świątyń i zgromadzeń. Po kilku dniach intensywnego przeglądania materiałów, wliczając w to blogi i wypowiedzi na portalach społecznościowych, Jonathan postanowił, że zostanie wyznawcą Kościoła Kosmicznego Objawienia. Na jego decyzję złożyło się kilka istotnych czynników, z których najważniejszym była dobra reklama. Już na wejściu do przestrzeni sieciowej Kościoła powitał go pracowicie wyrenderowany gmach zawieszony w próżni, w której wirowały kolorowe galaktyki. Dalej było jeszcze lepiej: przyjazna nawigacja, główne tezy ilustrowane trójwymiarowymi animacjami, zapisy najważniejszych spotkań oraz mnóstwo świadectw szczęśliwie nawróconych. Jonathan znalazł także zdjęcia siedziby Kościoła w swoim mieście. Z rozmachu budowli wywnioskował, że religia prosperuje znakomicie, co zdecydowanie świadczyło na jej korzyść – coś przecież musiało w tym być, skoro tylu uwierzyło. Kolejnym argumentem za był stosunek Kościoła do VR. Podczas gdy wielu kaznodziejów innych wyznań grzmiało o odwracaniu się od własnej duszy, zatraceniu siebie, tudzież ogłupiającej mocy mediów (co bynajmniej nie przeszkadzało im umieszczać w sieci swoich wystąpień), w KKO upowszechnienie się Syma uważano za kolejny etap rozwoju ludzkości. Na aprobacie dla postępu się nie kończyło. Istniały całe grupy wyznawców, którzy uczestniczyli w życiu Kościoła wyłącznie przez VR i w żaden sposób nie było to krytykowane. Jonathan uznał to za idealne rozwiązanie. Było wygodne, a nade wszystko nie wymagało od niego, by przychodził do tych obcych, zapewne młodych (lub przynajmniej młodo wyglądających) ludzi i wystawiał się im na pośmiewisko. Wreszcie, Kościół funkcjonował na prostych zasadach. Podstawą były wszelakie konferencje i szkolenia, na których wierni po uiszczeniu stosownej opłaty osiągali kolejne stopnie wtajemniczeń. Jonathan był jeśli nie wniebowzięty, to przynajmniej zadowolony. Zapisał się, wpłacił roczną składkę i z pomocą przydzielonego mu natychmiast przewodnika duchowego ułożył sobie „plan rozwoju psychospirytualnego”. Swoje uczestnictwo w Kościele potraktował jako rodzaj inwestycji – w końcu, jak mawiali jego nowi współwyznawcy, „samorozwój jest najlepszym, co można sobie zafundować”. Fundował więc, a skoro tyle w to wkładał pieniędzy, to musiało być coś warte. Po każdym kolejnym spotkaniu, gdy już rozwiązał przeznaczony dla uczestników test, z dumą i poczuciem spełnienia oglądał śliczną animację, z której jasno wynikało, jak bardzo się rozwinął i jak niewiele dzieli go od Zjednoczenia z Harmonią Wszechświata i pojęcia Wiedzy Kosmicznych Ojców. Oczywiście im bardziej awansował w hierarchii, tym więcej musiał płacić za kolejne nauki, ale powiedziano mu, że to z powodu ograniczonej dostępności bardziej oświeconych mistrzów. W pewnym momencie musiał z tego powodu całkowicie zrezygnować z tak rekomendowanych przez dr Harris podróży (z samej dr Harris zrezygnował już wcześniej). Nie odczuł tego zbytnio – wirtualne wycieczki w Symie były szybsze, tańsze, wygodniejsze i bardziej zajmujące.

Tak upłynęły kolejne lata, w czasie których Jonathan wprawdzie zbiedniał znacznie, ale odzyskał choć trochę spokoju ducha. Jego mistrzowie powtarzali mu, że poczynił ogromne postępy, a jego dusza jest tak silna, że w następnym wcieleniu zamieszka w ciele Międzygalaktycznego Podróżnika. Jonathan bardzo chciał w to wierzyć. Szczególnie w chwilach, gdy leki nie były w stanie zamaskować pogarszającego się stanu jego zdrowia. W takich momentach zazwyczaj opadało go trudne do zwalczenia zwątpienie. Któregoś razu, na fali nagłego impulsu wprowadził w niezawodną Google hasło „nieśmiertelność”, po czym wysłał się pod pierwszy wskazany przez nią adres.

Jeff Blaylock, przedstawiciel wykonawczy Projektu Odrodzenie przyjął Jonathana w wirtualnym biurze niemal od razu po otrzymaniu prośby o spotkanie. Awatar Blaylocka zaprojektowany został, by wzbudzać szacunek klientów – wysoki, szpakowaty mężczyzna w garniturze, na którego powierzchniach wolno obracały się skomplikowane geometryczne figury. Jonathan nie zamierzał bawić się w kurtuazyjne wstępy.
– Czy to prawda, że możecie stworzyć kopię mojej osobowości?
Na twarzy wirtualnego Blaylocka odmalowało się zakłopotanie.
– Wydaje mi się, że źle pan nas zrozumiał, panie Hill – zaczął powoli – Nie chciałbym, aby przeceniał Pan nasze możliwości.
– Przecież w ofercie napisane było… – zaczął Jonathan, po czym zamilkł speszony. Przypomniała mu się rozmowa z doktorem Kreissem.
– To, co możemy stworzyć, to kopia pańskiego układu nerwowego – powiedział Blaylock starannie modulowanym głosem – Najlepsza kopia, na jaką obecnie nas stać, jednak wciąż jeszcze sporo brakuje jej do ideału. Zastosowana przez nas technologia polega na dokładnym przeskanowaniu organizmu klienta po uprzednim wyznakowaniu neuronów. Na podstawie uzyskanych danych konstruujemy sieć neuronową, odwzorowującą połączenia między komórkami. Oprócz tego przez pewien czas monitorujemy aktywność układu nerwowego klienta. Uzyskane dane oraz dostępna wiedza medyczna pozwalają ustalić wagi i algorytmy zastępujące biochemiczne sprzężenia zwrotne. Dzięki temu otrzymujemy pewien model. Nie uwzględnia on jednak wszystkich czynników. Widzi pan, w komórkach i poza nimi zachodzi wiele procesów – akumulacja białek, reorientacja cytoszkieletu, zmiany aktywności metabolicznej, odkładanie mieliny… Do dziś nie wiemy, w jaki sposób te procesy wpływają na nasz umysł i dlatego nie jesteśmy w stanie wprowadzić ich do naszego modelu. Nie umiem panu powiedzieć, jak to wpływa na świadomość replik. Część naszych konstruktów po uruchomieniu wykazywała inteligencję i zachowania podobne ludzkim, część natomiast była na różne sposoby zaburzona. Dlatego obecnie nie uruchamiamy zarejestrowanych sieci, lecz przechowujemy je w naszych bazach danych do czasu, gdy nasza wiedza pozwoli na wprowadzenie lepszych ustawień początkowych.
Jonathan z całego tego wywodu zrozumiał niewiele ponad to, że mogą sporządzić jego kopię, ale nie ręczą za efekt i nie uruchomią jej od razu.
– Powiedział pan, że część prób się udała – odezwał się po dłuższym namyśle – Czy w takim razie można się spotkać z którymś z nich?
– Oczywiście – odparł Blaylock – Natychmiast wyślę wiadomości. Możliwe, że będzie pan musiał poczekać. Oni nadal bywają bardzo zajęci – dokończył z uśmiechem.

Trzy godziny później otrzymał wiadomość od Melissy Redwick, która zapraszała go na swój serwer. Jej prywatna przestrzeń była miejscem niemalże idyllicznym – wijąca się pomiędzy zielonymi wzgórzami droga prowadziła do niewielkiej willi ukrytej pomiędzy drzewami. Melissa czekała na gościa na werandzie. Wyglądała ślicznie. Miała na sobie białą lnianą sukienkę, od której odcinały się wściekle czerwone włosy. Jonathan zwrócił uwagę na genialnie zaprojektowane oczy kobiety – błyszczały jak żywe, choć szmaragdowozielony kolor był bardzo nienaturalny.
– Domyślam się, co pana tutaj sprowadziło, panie Hill – zaczęła Melissa, gdy już rozsiedli się w wyplatanych fotelach – Chce pan sprawdzić, jak wygląda moje życie po życiu. Proszę się nie krępować, chętnie opowiem. Zresztą, część już pan zobaczył. Sama stworzyłam to miejsce i ciągle wprowadzam ulepszenia.
Jonathan pokiwał głową.
– Przebywa pani tutaj przez cały czas?
Roześmiała się.
– Oczywiście, że nie. Mogę swobodnie korzystać z Syma. Tutaj wracam odpocząć i przespać się. Każdy potrzebuje domu.
– Przespać się?
Machnęła ręką.
– Sieć też wymaga konserwacji.
– Rozumiem. Co jeszcze oprócz snu…
– Och… cóż, mogę programować sobie wrażenia dotykowe, smakowe, węchowe… Działa to mniej więcej tak, jak w Symie.
– Mniej więcej?
Spoważniała.
– Powiedzieli mi, że pamięć najtrudniej odtworzyć. Niektóre rzeczy, zwłaszcza wiedza nauczona, są dosyć zlokalizowane i ich rekonstrukcja zazwyczaj udaje się w stopniu wystarczającym, by sieć potrafiła uzupełnić ubytki. Jednak wspomnienia, wrażenia… To dużo bardziej płynne – wsparła twarz na dłoni – Niewiele mi tego zostało. Owszem, mogę to sobie odczytać z własnego bloga, obejrzeć zdjęcia, porozmawiać z przyjaciółmi. Ale to nie to samo.
– Właśnie… – podchwycił – Przyjaciele, rodzina… Wiem, że to bardzo nietaktowne pytanie… Czy oni… Jak oni…
Melissa zamyśliła się.
– Moja rodzina wie. Syn nawet zachęcał mnie do Projektu. Spotykamy się ze sobą od czasu do czasu. Twierdzą, że nie dostrzegli różnicy. Nie mogę jednak panu powiedzieć, czy mówią prawdę, czy też nie chcą mnie zranić. To… dziwne wrażenie. Za każdym razem. Przecież nie jestem tamtą Melissą Redwick, ona umarła siedem lat temu. Jednocześnie teoretycznie posiadam jej umysł. Zawsze jesteśmy zakłopotani.
Zamilkła. Splotła dłonie na blacie stołu.
– Dlatego moi znajomi z Syma nie wiedzą – odezwała się po kilkudziesięciu sekundach – Bliżsi sądzą, że miałam wypadek, w wyniku którego doznałam częściowej amnezji. Dalsi i tak znali mnie-ją powierzchownie. Co jeszcze… Da się tu żyć i to nawet całkiem dobrze. Pracuję jako grafik, żeby zarobić na miejsce na serwerze i dla własnej satysfakcji. Nie wiem, co więcej mogłabym panu powiedzieć.
Zastanawiał się przez chwilę.
– A co słyszała pani o nieudanych przypadkach?
– Niewiele. Korporacja nie udostępnia mi przecież swoich danych. Osobiście podejrzewam, że niektórzy z klientów projektu mieli ukryte zaburzenia, które ujawniły się po przepisaniu na sieć.
– Rozumiem. Dziękuję, że zechciała się pani ze mną spotkać. To bardzo pomogło mi podjąć decyzję.
Prawy kącik ust Melissy wygiął się w górę.
– Przecież podjął ją pan, zanim do mnie przyszedł.

Następnego dnia Jonathan udał się do fizycznej siedziby Projektu Odrodzenie, gdzie po załatwieniu niezbędnych formalności poddano go procedurze rejestracji. Sam skan nie trwał długo. Późniejsze monitorowanie reakcji było czasochłonne, jednak nie uciążliwe. Miał żyć, jak zwykle – tyle że w Symie, gdyż przez cały czas przebywał na terenie korporacyjnej placówki. Do domu wrócił po sześciu miesiącach. Rebeka stwierdziła, że od tego czasu ojciec był znacznie spokojniejszy. Owszem, nadal odwiedzał lekarzy i udzielał się w Kościele (choć przestał awansować, gdyż wydał na skan większość swoich oszczędności), ale dużo rzadziej wspominał o śmierci. Spotkało się to z aprobatą ze strony rodziny, która zaczęła chętniej się z nim widywać. Koniec końców, gdy zdrowie dało się Jonathanowi we znaki tak, że na stałe podłączył się do Syma, Matt z pomocą znajomych zaprojektował dla teścia prywatną przestrzeń. Było to bardzo miłe i przytulne miejsce pełne życzliwych NPCów, a przede wszystkim dopasowane do coraz gorzej funkcjonującego mózgu mieszkańca. Jeśli pojawiał się ktoś z zewnątrz, jego ruchy i wypowiedzi były spowalniane „żeby ojciec nie zorientował się, że coś jest nie w porządku”. Przestawili nawet zegar i kalendarz, a Jonathan, który w owym czasie przesypiał większość dnia, istotnie tego nie zauważył. Najprawdopodobniej nie zauważył także momentu własnej śmierci – przynajmniej aparatura medyczna nie wykazała symptomów zdenerwowania. Rodzina i znajomi wspólnie orzekli, że miał udane życie, a potem więcej o nim nie rozmawiali. Ostatecznie każdy miał własne sprawy. Poza tym niepisana zasada społeczna głosiła, że na spotkaniach towarzyskich o zmarłych się nie wspomina, by nie psuć humoru uczestnikom. Tak kończy się historia Jonathana Hilla.

Historia jego replik dopiero się zacznie.

***

Strumień informacji wlał się w niego szerokim pasmem. Trochę trwało, nim 2432 JH 2.0 posortował to wszystko i zinterpretował. Pod sobą czuł trawę. Łaskotała go w brzuch i częściowo przesłaniała pole widzenia. Spróbował się podnieść lecz zorientował się, że już stoi. Nie był w stanie poruszyć głową, by na siebie spojrzeć. Mógł patrzeć tylko przed siebie i do góry, gdzie na intensywnie błękitnym niebie kołowały połyskujące skrzydlate istoty. Coś kazało mu ruszyć naprzód. Może głód? Opuścił polanę swoich narodzin i zagłębił się las. Nie uszedł daleko. Gdy spomiędzy drzew wyłoniła się dwójka kolorowych postaci, instynktownie zaatakował jedną z nich. Oberwał raz, drugi. Trzeci cios – toporem – przygniótł go do ziemi. Czwarty rozbił w drzazgi.
– Patrz, znowu nic nie wypadło – poskarżył się Gandalf_9 – Mówiłem ci, że to strata czasu.
– W sumie… – zasmuciła się jego towarzyszka – Dobra, pozbierajmy resztki pancerza i wynośmy się stąd.
Jak powiedzieli, tak zrobili. Po pewnym czasie na ścieżce zamajaczyła kolejna postać. Tym razem był to orkijski szaman. Spojrzał na smętne szczątki, uśmiechnął się krzywo i poszedł dalej. Tymczasem kilka obszarów dalej inny 2432 JH 2.0 gnany niezrozumiałym instynktem wyruszał na spotkanie swojego przeznaczenia.

Back to top