Beatrycze Nowicka Opowiadania

Pierwszy dzień wiosny

W noce takie jak ta nie mógł zasnąć. Niektóre rzeczy pozostają niezmienne, nawet jeżeli pamiętają o nich tylko nieliczni. Moc spływała w dolinę, wzbierała, przetaczała się falami wzdłuż Wisły, omywała przęsła mostów. Czuł jej puls, gdy szybkim krokiem szedł wzdłuż Alej. Pomarańczowe światło sodowych latarni odbijało się w kałużach. Od czasu do czasu ciszę mącił szum przejeżdżającego samochodu. Powietrze jak zwykle śmierdziało, lecz zimny wiatr niósł ze sobą coś jeszcze. Cierpki zapach bliskiej i nieuchronnej śmierci, nie do pomylenia dla kogoś takiego jak on. W tę konkretną noc zyskiwała ona dodatkowe znaczenie. Dlatego pozwolił się prowadzić węchowi – minął zamknięte budki i oświetlone witryny Jubilata, przeszedł przez puste skrzyżowanie, nie czekając aż zmienią się światła.

Dziewczyna stała na moście wsparta o barierkę i spoglądała w wodę. Niewysoka, szczupła, w ciemnej pikowanej kurtce, dżinsach i pasiastym szaliku z grubej wełny. Nie potrzebował nawet swojego instynktu, by stwierdzić, że jest zdecydowana. W przeciwnym razie wybrałaby Most Piłsudskiego, który szaro-niebieskim łukiem spinał Kazimierz i Podgórze. Na tenże łuk można było malowniczo się wspiąć, najlepiej latem, późnym popołudniem, tak, aby w porę przybyły odpowiednie służby, a na bulwarach zdążył zgromadzić się tłumek gapiów. W marcu o trzeciej nad ranem na Moście Dębnickim było pusto. Przyspieszył kroku, mając nadzieję, że dziewczyna postanowi raczej przeczekać przypadkowego przechodnia, niż skakać, zanim się do niej zbliży. Nie zareagowała gwałtownie, więc może była jeszcze jakaś szansa. W głębi duszy wiedział, że okłamuje samego siebie. Zmysły nigdy go nie myliły – ona umrze jeszcze tej nocy. Nie miał jednak w zwyczaju poddawać się bez walki.

Uznał, że nie warto bawić się w subtelności.
– Fatalną wybrałaś sobie porę – oznajmił, opierając się o balustradę obok niej – To znaczy, jak najbardziej właściwą na topienie się w Wiśle, ale zupełnie nietrafioną na to, by dać się zaprosić samotnemu facetowi na pogawędkę – westchnął teatralnie – Gdzie my teraz znajdziemy otwartą knajpę, w której dałoby się pogadać?
Dziewczyna spojrzała na niego jak na wariata. Przez chwilę ewidentnie zastanawiała się, czy nie zacząć uciekać, potem jednak uznała, że przecież powinno już być jej wszystko jedno.
– Czy ja wyglądam, jakbym miała ochotę na pogawędkę?
Spodziewał się usłyszeć w jej głosie nieco więcej irytacji. Niedobrze.
– Owszem. Wyglądasz na taką, która chciałaby choć raz zostać porządnie wysłuchana.
Uśmiechnęła się krzywo.
– Pewnie masz rację. Ale mylisz się, jeśli sądzisz, że idąc tu miałam nadzieję spotkać kogoś w ostatniej chwili – westchnęła i spojrzała w dół na rzekę pokrytą falującą warstwą mgły – Jestem zmęczona. Przez całe lata starałam się raz za razem, a tylko brnęłam coraz dalej w ślepą uliczkę.
Wydało mu się, że ciche echo powtarza jej słowa. „Zmęczona, zmęczona…” niosło się nad rzeką. Mgła wezbrała pod mostem i wyciągnęła w ich stronę eteryczną mackę. Chwycił dziewczynę za ramię.
– Chodźmy stąd, strasznie tu piździ.

Czuł, że nie zdoła zaprowadzić jej daleko od wody, poszli więc bulwarem pod Wawel. Połą płaszcza przetarł mokrą od deszczu ławkę stojącą nieopodal ośmiołapej, gruzłowatej rzeźby smoka, a potem usadził dziewczynę i usiadł obok.
– Chyba powinienem zaoferować ci teraz papierosa albo coś mocniejszego. Ale nie zaopatrywałem się na wypadek pokrzepiania samobójczyń, więc możesz po prostu zacząć.
Zdobyła się na słaby uśmiech.
– Cudownie potrafisz zachęcić kobietę do zwierzeń.
– Gdybym umiał odpowiednio rozmawiać z kobietami, raczej nie szwendałbym się o tej porze po mieście.
– Drogi pamiętniczku. Gdy już miałam zakończyć swój żywot, w ostatniej chwili pojawił się tajemniczy mężczyzna. Był tak samo samotny i nieszczęśliwy jak ja i to popchnęło nas ku sobie. Dwa dni temu mi się oświadczył i teraz będziemy żyli długo i szczęśliwie – wycedziła.
Nie podchwycił jej tonu.
– Jak na liczbę mieszkających tu ludzi, zaskakująco mało tych „długo i szczęśliwie”, nie sądzisz? – znad wody niosły się syki i szepty. Wiedział, że dziewczyna nieprzypadkowo załamała się akurat tej nocy i przyszła właśnie na most – A teraz możesz mi uwierzyć albo nie, ale nie mamy wiele czasu i to nie dlatego, że gdzieś mi się śpieszy. Odpowiedz mi, dlaczego.
– To nie będzie ciekawa historia – zastrzegła.
Wzruszył ramionami.

Opowiedziała mu. Z początku mówiła sucho i monotonnie, jakby chodziło o cudze życie. Ojciec odszedł, gdy miała dwa lata. Pamiętała żal matki, który trwał pomimo upływających lat, opowieści o zniszczonej miłości, zwichniętym życiu oraz utraconej radości tak, że teraz to tylko zestarzeć się i umrzeć. Słowa innych dorosłych także nie były pokrzepiające. Przyjaciółki jej matki, również rozwódki, przychodziły powspominać zmarnowaną młodość i wybryki byłych małżonków. W szkole musiała znosić docinki rówieśników. W milczeniu, bo przecież nie można głośno mówić o rodzinnej hańbie.
– Uwielbiałam wyobrażać sobie szczęśliwą rodzinę – na to wspomnienie dziewczyna uśmiechnęła się przelotnie – Miałam wszystko obmyślone, każdy szczegół. Wygląd poszczególnych osób i wymarzonego domu. Niedzielne popołudnia w słonecznym parku, baśnie czytane na dobranoc. W pewnym momencie zrozumiałam, że choć nie miałam takiego dzieciństwa, mogę założyć własną rodzinę. Wtedy jeszcze wierzyłam, że można wyłamać się z zaklętego kręgu, nie powielać cudzych błędów. Nie było mi łatwo komukolwiek zaufać. Mimo to próbowałam. Myślałam, że jeśli wybiorę kogoś innego od mojego ojca, to się uda. Ale nie.
Historie jej kolejnych nieudanych związków były banalne i powszednie, co nie znaczy, że choć odrobinę mniej bolesne. Zakończyła relacją z kłótni z jej ostatnim chłopakiem.
– Zrozumiałam, że można szczerze powiedzieć sobie wszystko, a i tak się nie zrozumieć. Potem nie ma już nic do dodania, można tylko się rozejść. Tylko, że ja już nie mam siły zaczynać od nowa. Po prostu nie mam siły… – dolna warga zaczęła jej drżeć – Kiedyś przynajmniej miałam nadzieję, że jeśli wystarczająco dokładnie wyobrażę sobie swoje niedzielne popołudnie, to je zdobędę. Znasz taką piosenkę Wilków, zaczyna się od „jeśli jesteś sam, miej ze sobą chleb, bo gdy zapukasz w okno, zgaśnie światło, jeśli jesteś sam i nie masz dokąd pójść, musisz uwierzyć”? Mówiłam sobie, że to moja piosenka, znak od losu – otarła nos rękawem, w oczach szkliły jej się łzy – „Do ilu dobrych drzwi zastukałeś, w ilu takich miejscach chciałbyś żyć, ile marzeń, ile pragnień zapomniałeś, a ile zgasło wiary… Może kiedyś znajdziesz dom, znajdziesz w nim miłość i czary…” – przy słowie czary przeciągnęła ostatnią sylabę i straciła resztki opanowania.

Widział to już wcześniej u załamujących się kobiet, ten charakterystyczny grymas, brzydki i bezbronny, wykrzywione usta, wywinięte wargi, drgająca dolna szczęka, oczy zmrużone w szparki. Przytulił ją, nic nie mówiąc. Szlochała w połę jego płaszcza. Z chwilą, w której po policzkach dziewczyny pociekły łzy, od wody powiało zimnem. Tylko on mógł dostrzec fosforyczną poświatę mocy, która podniosła się na tyle, by jej bladobłękitne jęzory zaczęły przelewać się na górny chodnik bulwaru. Czas się kończył. Mężczyzna wygrzebał z kieszeni chusteczki higieniczne i podsunął dziewczynie. To jakby ją otrzeźwiło. Otarła twarz, wysmarkała nos.
– Teraz już wiem, że to nie dla mnie – dodała już spokojniej – Jestem wadliwa, uszkodzona. Nie mam pojęcia, jak rozpoznać człowieka, który dałby mi ciepło, jakiego potrzebuję, nie mówiąc o tym, jak sprawić, żeby mnie pokochał. Nigdy nie będę miała domu, miłości i czarów. I co mi teraz powiesz? Coś o tym, że przesadzam, nie mam racji, jakoś to będzie, zaczyna się wiosna, warto żyć i te sprawy? – uśmiechnęła się szyderczo.
– Warto żyć, tak uważam – posłał kłębiącym się jęzorom zirytowane spojrzenie. „Trzeba było mnie skutecznie otruć, kiedy miałaś okazję” – Ale myślę też, że masz rację. Z jednym wyjątkiem.
Dziewczyna uniosła głowę zdziwiona.
– Czary możesz zaraz mieć.
Wyczuł jak się spina, więc objął ją mocniej, drugą ręką chwytając za wolne ramię. Pochylił głowę i zdjął jedną z warstw iluzji. Spojrzała w jego oczy, krzyknęła krótko i zamarła.
– Mogę pożreć twoje wspomnienia i zastąpić je innymi – powiedział cicho, lecz i tak w jego głosie dało się słyszeć dudnienie, odległy grzmot – Zostawić kluczowe wydarzenia oraz wiedzę, a wymazać wszystko pozostałe. W zamian dostaniesz wspomnienia szczęśliwych ludzi. Nie będziesz w stanie ich świadomie przywołać, one jednak będą w twoim umyśle i dadzą ci to, czego potrzebujesz.
– Jesteś diabłem? – wyszeptała, nie odrywając wzroku od jego złocistych tęczówek przeciętych pionowymi źrenicami – W zamian zażądasz mojej duszy?
– Nie i nie – uśmiechnął się, uważając, by nie otworzyć ust. Lepiej żeby nie zobaczyła jego zębów – Właściwie wystarczy mi szalik – zaraz jednak spoważniał – Ale chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiała. Jeśli to uczynię, umrzesz. Jakaś cząstka może i pozostanie, jednak to już nie będziesz ty. Zastanów się. Byle szybko.
Przypływ mocy już niemal muskał czubki ich butów. Temperatura gwałtownie spadła.
Dziewczyna skinęła głową.
– Przecież byłam gotowa się zabić. Zresztą, nie masz nawet pojęcia, jak bardzo siebie nienawidzę. Zrób to.

Gdy ujął w dłonie twarz kobiety, wichura wezbrała na sile. Kosmyki ciemnych włosów niedoszłej samobójczyni musnęły jego policzki. „Moja… moja… moja… Nie ośmielisz się!” zaszeleściły nagie gałęzie krzewów. Skoncentrował się i zaczerpnął moc ze wzgórza. Przypłynęła szybko, migotliwe, złociste ciepło, które zmusiło do odwrotu fale błękitu. Dziewczyna nie opierała się, kiedy wniknął w jej umysł. Przeczesał go metodycznie, przebrał i pochłonął wszystko, co uznał za znaczące. Potem zajrzał w głąb siebie, w poszukiwaniu tego, czym zastąpi luki. Miał z czego wybierać, był przecież także pamięcią miasta. Dookoła nich szalało niewidoczne dla zwykłych śmiertelników błękitno-złote tornado. Drzewa skrzypiały, po Wiśle pomknęły wysokie fale, czerwony neon Hotelu Poleskiego przepalił się na dobre, latarnie na bulwarze zgasły, by po chwili zaświecić ponownie. Potem wszystko ucichło.

– Zobaczysz, będzie dobrze. Nie przejmuj się tym dupkiem – powiedział, ściskając dłoń dziewczyny – Idź do domu, wypij coś ciepłego, weź gorącą kąpiel, wyśpij się. Gwarantuję, że gdy się obudzisz, wszystko wyda ci się lepsze. W końcu będzie już wiosna. Chodź, podejdę z tobą na przystanek.

Zdezorientowana pozwoliła mu się poprowadzić. Nie spytała nawet, skąd wie, na którą iść linię. Nie musieli długo czekać, już zaczęły jeździć poranne tramwaje. Wsiadła, pomachała mu zza szyby. Odmachał. 

Do zrobienia została mu jeszcze jedna rzecz. Wrócił na Dębnicki, gdzie po nocnej mgle nie pozostało już ani śladu.
– Zdrajca – wyszeptało echo znad wody – Osłabiasz nas.
– Nie było „nas”, kiedy postanowiłaś mi ją odebrać – wysyczał.
– Na wszystkich naszych braci, minęło tysiąc lat, a ty nadal chowasz urazę o tę kobietę! Świat się zmienił. Nie możemy dłużej walczyć pomiędzy sobą o moc.
Kusiło go, by odpowiedzieć, ale przecież i tak by nie zrozumiała. Ludzie interesowali ją tylko wtedy, gdy wznosili modlitwy i składali ofiary. Poza tym, nie miał ochoty okazywać słabości. Zamiast tego upuścił do rzeki kolorowy pasiasty szalik.
– Nie martw, się, może jakieś dzieci rzucą ci dziś kukłę. Smacznego.
Odwrócił się od balustrady. Przesilenie minęło, czuł, jak wypełnia go senność. Przez chwilę zastanawiał się, czy od razu nie jechać na Hutę, uznał jednak że lepiej wrócić do mieszkania i się zdrzemnąć. Na kopiec wybierze się po południu.

Back to top