Beatrycze Nowicka Opowiadania

Dębowa panna

Dno lasu tonęło w ciemności, próżno było także wypatrywać jaśniejszych skrawków nieba pomiędzy gałęziami. Tylko pierwsze, nieśmiałe głosy ptaków zapowiadały nadchodzący świt. U podnóży pni strzępiły się jęzory mgieł, z cichym szelestem opadały krople wody. Irrali szła szybko, lecz ostrożnie. Lekko, choć miała wrażenie, że dźwiga wielki ciężar. Starała się odegnać dręczące myśli. Nie było już czasu na wahanie się, rozpamiętywanie i wątpliwości. To musiało zostać zrobione, a ona nadawała się najlepiej ze wszystkich. Skoncentrowała się na odgłosach leśnych zwierząt, szorstkiej fakturze runa pod stopami, wrażeniu wilgoci osiadającej na twarzy, uderzeniu mocy, gdy wstępowała do Gaju.

Zamknęła oczy, by lepiej poczuć sieć, której to miejsce było sercem, falujące nici energii wysnuwające się z Drzew na wszystkie strony, wszędzie tam, gdzie przebywały ich siostry. Niektóre z tych nici strzępiły się i obumierały – wojna zbierała coraz większe żniwo. Wiele spośród towarzyszek Irrali pozostało na polach bitew. Mimo starań, nie zdołały pochować wszystkich poległych driad w Puszczy, wśród korzeni, co pozwoliłoby ich duszom ponownie wrosnąć w życie świata. One nie mogły trafić do lasu, ale las wciąż mógł przyjść do nich. Drzewa są cierpliwe.

Dąb pysznił się rozłożystymi gałęziami na skraju niewielkiej polany. Irrali podeszła do niego, ostrożnie omijając większe siewki. Pogłaskała pobrużdżoną korę, przywarła do niej policzkiem. Wciągnęła haust chłodnego, pachnącego lasem powietrza i otworzyła umysł na brata. Ten przyniósł jej upragnioną ulgę. Przez chwilę była tylko nieskrępowaną wolą życia, spokojnym, niewzruszonym rośnięciem, wyciąganiem gałęzi w stronę zmiennego nieba, oczekiwaniem na brzask. Czuła powiew poruszający gałęziami i smakowała żyzną glebę pod korzeniami. Mogłaby tak stać całymi godzinami, dniami. Wrosnąć w korę, zostać. Świt nadchodził.

Z żalem wysupłała się spomiędzy myśli drzewa. Po drugiej stronie polanki, spośród mgieł i cieni wyłoniła się ciemna, wysoka sylwetka.
– Więc przyszłaś, dębowa księżniczko – w suchym głosie przybyłej pobrzmiewały ledwo słyszalne nutki gwałtowniejszych uczuć.
„Sądziłaś, że stchórzę”, pomyślała Irrali, ale zachowała te słowa dla siebie. Wenna miała powody, by źle oceniać jej ród. W wojnie straciła wszystkie swoje córki, cztery siostry wierzby, gibkie i srebrzystowłose. Irrali pamiętała je tańczące na święcie przesilenia, roześmiane i radosne. Pamiętała też pokiereszowane zwłoki najmłodszej z nich, zieleń krwi kapiącej z kącika ust, nieruchome oczy wpatrzone w zasnute popiołem niebo, połamane ręce. Zacisnęła usta.
– Zaczynajmy.
Wenna wyciągnęła zza pasa ceremonialny nóż, jednosieczne, zakrzywione ostrze, osadzone w prostej rękojeści z rogu. Pochyliła się i wycięła w ściółce dookoła drzewa okrąg, który na krótko rozbłysnął bladym światłem, jakby próchna. Irrali usiadła, opierając się plecami o pień, i objęła kolana ramionami. Nigdy wcześniej tak się nie bała. Pamiętała tamten obraz z dzieciństwa, egzekucję morderczyni dziecka. Skazana na przemian wyła, szlochała i błagała o zmiłowanie. Szarpała się, gdy sadzano ją w kręgu. Kapłanki musiały ją zakneblować, żeby nie zagłuszała inkantacji. A potem, kiedy było już po wszystkim… Irrali przymknęła oczy i ujrzała przerażoną twarz tamtej kobiety, jej puste spojrzenie. Gdy ją rozwiązano, morderczyni skowycząc uciekła w las. Nigdy więcej już jej nie zobaczyły. Mówiono, że pewnie rozszarpały ją zwierzęta i że to byłaby łaska.

Starsza driada krążyła dookoła Irrali, nucąc monotonną pieśń. Co jakiś czas pochylała się, by nakreślić na ziemi kolejne znaki, które zapalały się i gasły. Wreszcie przykucnęła naprzeciw dziewczyny. Spojrzała jej w oczy.
– To ostatni moment, żeby się wycofać.
Irrali usiadła prosto i zadarła podbródek.
– Rób, co ustaliłyśmy.
Wenna skinęła głową. Wypowiedziała ostatnie słowo zaklęcia i wzięła zamach.

Ból był gwałtowny, rwący. Drugie cięcie spadło niemal natychmiast, równie płytkie i równie bolesne. Irrali wrzasnęła i zaparła się o pień. Spojrzała w dół, na znak wykreślony ostrzem noża nad jej sercem. Z ran ściekała krew, fosforyzując zielonkawo. Ból przygasał, ale to było jeszcze gorsze, ponieważ odsłaniało pustkę. Nie czuła już obecności brata za swoimi plecami, ani tętna lasu dookoła. Zniknęły powidoki nici mocy. Świat stał się obcy. Jakby została od niego oddzielona niewidzialną barierą. Wrażenia zmysłowe docierały do Irrali stłumione, słabe, pozbawione życia. Nawet powietrze smakowało inaczej. Obiecywała sobie wcześniej, że nie będzie płakać, ale okazało się, że przeceniła własną siłę. Odwróciła się do dębu i objęła go ramionami. Próbowała przypomnieć sobie wrażenie przepływających pod korą soków. Nie potrafiła. Jakby nie obejmowała brata, tylko martwą, obcą rzecz. Poczuła na ramieniu rękę Wenny.

Uścisk starej driady przynajmniej miał w sobie odrobinę życia. Przez dłuższą chwilę obie dygotały przytulone.
– Jesteśmy szalone – wyszeptała Wenna – Nie chciałam tego.
– Wiem. Nie miałyśmy wyboru.
– Nie musiałaś się odcinać.
Irrali smutno pokręciła głową.
– Inaczej brat by cierpiał. Poza tym, teraz nie mam już odwrotu. Ani nic do stracenia – odsunęła się od kapłanki – Idź już. Moja matka nie może się dowiedzieć, że mi pomagałaś.
Wstały obie. Wenna ukłoniła się, głęboko, ceremonialnie.
– Krocz w słońcu, dębowa księżniczko. Oby to, co uczyniłyśmy, nie poszło na marne.
Dziewczyna odwzajemniła ukłon.
– Niech tak się stanie.

Las budził się do życia, wciąż piękny, choć teraz boleśnie odległy. Mgły rzedły, rosa lśniła na liściach. W pewnym momencie wydało się Irrali, że pomiędzy drzewami majaczy wysoka sylwetka, zwieńczona koroną jeleniego poroża.
– Ojcze – wyszeptała.
Postać uniosła dłoń, odwróciła się i zniknęła między drzewami. Czy miało to być błogosławieństwo, czy na odwrót – pan lasu wyrzekł się Irrali za to, że z własnej woli przerwała więzi? Zraniona pierś pulsowała tępym bólem. Musiała iść dalej. Jeśli nie zdąży, wszystko pójdzie na marne, a czekał ją jeszcze szmat drogi.

– Będziesz potrzebowała pomocy, żeby wydostać się z lasu niezauważona – znajomy głos rozbrzmiał niemal zza pleców Irrali.
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie. Akane stała ledwie kilka kroków za nią, z rękami założonymi na piersi. Miała na sobie skórzaną tunikę z ponaszywanymi kostnymi płytkami i kawałkami drewna. Ramiona osłaniały karwasze ewidentnie zdobyte na wrogu. Przez plecy driada przewiesiła łuk, długie ciemnozielone włosy upięła w ogon a twarz pomalowała w ciemne ukośne pręgi.
– Jak długo mnie szpiegowałaś? – kiedyś w tych słowach byłoby więcej gniewu, teraz Irrali sama nie wiedziała, co czuje do swej młodszej siostry.
Akane wzruszyła ramionami.
– Odkąd zrozumiałam, co znaczą słowa, że to ty jesteś następczynią tronu.
Irrali uśmiechnęła się krzywo.
– Teraz już nie.
– Tak, teraz nie.
– Czy to dlatego chcesz mi pomóc?
Teraz to młodsza z driad wykrzywiła usta.
– Dla pewności? Źle mnie oceniasz, siostrzyczko – Akane podeszła bliżej – Myślisz pewnie, że wiedziałam, co planujesz, i nie zrobiłam nic, by cię powstrzymać. Albo, że zawsze zazdrościłam ci władzy, która na ciebie czekała. Jedno i drugie jest prawdą. Nigdy jednak nie życzyłam ci takiego losu.
Wyciągnęła rękę, jakby chciała dotknąć rany na piersi siostry, jednak zatrzymała się w pół gestu.
– Czy to bardzo boli?
– Teraz już nie. Tylko…
Akane przekrzywiła głowę.
– Tylko?
– Nie mam już korzeni. Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
Głos młodszej z sióstr stwardniał.
– Cóż, uważam, że ty masz rację, a nasza matka się myli. Walcząc jak do tej pory, nie utrzymamy lasu. Twój plan jest desperacki i może nie powieść się na wiele sposobów, ale daje nam szansę. To, co mogę zrobić, to upewnić się, że nie ustrzeli cię któraś z naszych, omyłkowo wziąwszy za człowieka.
Irrali sklęła się w duchu za to, że wcześniej nie rozważyła tej możliwości. Rzeczywiście, po zerwaniu więzi poruszała się w lesie niezdarnie i głośno.
– Jak wygląda to, co zostało z mojej nici? – odważyła się spytać.
Akane zmrużyła oczy.
– Strzępi się i kurczy, jak zwiędła łodyga. Broczy światłem.
– Musimy się pospieszyć, zanim stracę zbyt wiele mocy.

We dwie przemierzały las o wiele szybciej. Przekraczały wąwozy, wędrowały wzdłuż strumieni i omijały bagna. Szły w milczeniu – Akane przodem, lekka i swobodna, jak każda driada. Patrząc na siostrę, Irrali myślała o tym, co bezpowrotnie utraciła. A także nad ironią losu – teraz to ona była tą, która zazdrości. Udało im się uniknąć spotkania z kilkoma patrolami. Okazany przez Akane symbol królewskiej elity zwiadowców wystarczył, by zamknąć usta driadom z grupy, która zdołała je wypatrzyć. Na szczęście wojowniczce, spłoszonej spotkaniem takiej osobistości, nie przyszło do głowy przyglądać się lepiej jej towarzyszce.

Wreszcie dotarły na obrzeża lasu i Irrali zrozumiała, że istnieje jedna zaleta jej nowego stanu. Gdy mijali pogorzeliska i zręby, czuła tylko własny smutek, podczas gdy twarz Akane wykrzywiał ból. Od czasu do czasu natykały się na mniej lub bardziej zardzewiałą broń, porzucone siekiery, ślady po ogniskach. Minęły kilka mogił. Irrali chciała zniszczyć zdobiące je symbole, żeby dusze ludzi nie mogły odnaleźć swoich bogów, jednak siostra powstrzymała ją, mówiąc, że nie powinny zostawiać śladów. Niedługo później napotkały niewielki oddział driad. Wojowniczki nie wydawały się zdziwione widokiem księżniczek. Złożyły młodszej z sióstr szereg krótkich raportów dotyczących rozmieszczenia sił ludzi, wysłuchały rozkazów i zniknęły w lesie.
– To moje najwierniejsze przyboczne – wyjaśniła krótko Akane – Rozumieją powagę sytuacji i nie wydadzą żadnej z nas królowej. Dobrze wiedzieć, że sir Ulryk stacjonuje pod Trzema Skałami. To człowiek próżny, co zwiększa twoje szanse dotarcia żywą przed oblicze króla – driada starała się mówić spokojnie, lecz pod koniec głos jej zadrżał.
– Wiem, czym ryzykuję, siostro – Ucięła Irrali. Nie dodała, że jeśli ją po prostu zabiją, cały plan spali na panewce. Obie to wiedziały. Pocieszała się, że żadnemu człowiekowi nie udało się do tej pory schwytać driady żywcem. O ile można nazwać pocieszaniem myśl o tym, że w najbardziej pożądanym scenariuszu zawleką ją przed tron w charakterze trofeum – Jeśli się nie uda, będziecie przynajmniej wiedziały, że nie tędy droga – dodała wymuszenie lekkim tonem.
– Trochę wysoka cena, nie sądzisz?
– Obie wiemy, że to musiałam być ja.
Akane nie odpowiedziała. Odwróciła się i podjęła marsz.

Stok wzgórza opadał łagodnie a las przechodził w gęste zarośla. Dotarły do granicy. Irrali wyczuwała woń dymu, niesionego przez północny wiatr. Przysiadła pod krzakiem dzikiej róży, chcąc jeszcze o chwilę odwlec kolejny decydujący moment. Akane zajęła miejsce obok siostry i ujęła ją za rękę. Ten niespodziewany gest przypomniał Irrali dzieciństwo.
– Pamiętasz, jak byłyśmy małe i puszcza sięgała stąd pół dnia drogi na północ?
– Ludzie byli tylko odległą opowieścią – Akane uśmiechnęła się do wspomnień – I staną się nią znowu, gdy przyjdzie wychowywać nasze dzieci – dodała ostro.
– Twoje dzieci – sprostowała Irrali.
Siostra mocniej uścisnęła jej dłoń. Patrzyła przed siebie, pomiędzy splątane gałęzie jeżyn.
– Wiesz – odezwała się po dłuższej chwili milczenia – To, że matka wychowywała cię na następczynię, która przejmie władzę i moc naszego rodu… i to, że kochała cię bardziej… To nie znaczy, że ja cię nie kocham.
Irrali poczuła, jak dławi ją w gardle.
– Miałaś rację – wyszeptała – Źle cię oceniłam.
– Z drugiej strony – w ton Akane wkradła się ostra nuta – Ja także mogłabym pójść, moja krew jest tak samo mocna. A jednak nie zdobyłam się na to.
– To dlatego, że jesteś z nas obu rozsądniejsza.
– Nie pocieszaj mnie, siostrzyczko.
– Ktoś musi przeżyć, żeby doprowadzić sprawę do końca – Irrali przypomniała sobie treść wydawanych przez Akane rozkazów – Sądząc z tego, co widziałam i słyszałam, gdy tu szłyśmy, nadajesz się do tego lepiej niż ja. Jak udało ci się zebrać te wszystkie siły?
– Och, rozesłałam wieści, oznaczone królewską pieczęcią. Nawiasem mówiąc, pozwoliłam sobie podrobić twoją sygnaturę. One wszystkie myślą, że osobiście poprowadzisz natarcie. I poniekąd tak będzie.
– Jeśli się uda.
– Będziemy czekać na znak.
Akane odwróciła głowę i spojrzała siostrze w oczy.
– Nie podoba mi się to, co mówię, ale one mają rację co do ciebie. Powinnaś zostać królową. Postępujesz, jak królowa. Nikt inny nie miał odwagi.
Irrali zaśmiała się gorzko. W zasklepionej ranie zapulsował ból.
– Mylisz się. Królowa powinna patrzeć z góry i rozgrywać partię takimi jak ja. Nadajesz się do tego – wstała – Czas na mnie. Dziękuję za to, co powiedziałaś.
Akane wstała również. Podmuch gwałtowniejszego wiatru porwał kosmyki włosów Irrali, zasłaniając jej twarz. Dobrze. Nie chciała, by młodsza siostra dostrzegła jej łzy.
– Nie masz już korzeni – Akane starała się mówić spokojnie, ale przychodziło jej to z trudem – To oznacza, że możesz wzlecieć z wiatrem. Leć, siostro.
Irrali zdobyła się tylko na to, by skinąć głową. Potem odwróciła się i zaczęła schodzić w dół zbocza.

***

Nie myliła się, sądząc, że żołnierze zechcą pochwalić się dowódcy niespodziewaną zdobyczą. W swoich planach nie uwzględniła jednak tego, co zechcą najpierw uczynić ze schwytaną kobietą. Mimo wszystkiego, co jej zrobili, nadal żyła, choć kosztowało ją to wiele mocy. Bała się, że w kluczowym momencie może jej zabraknąć. W takim przypadku pozostawała tylko jedna możliwość. Sięgnie po nią, jeśli będzie trzeba.

Klepisko w namiocie było twarde i cuchnące. Kajdany obcierały poranione nadgarstki i kostki driady. Łańcuchy umocowano do wbitego głęboko w ziemię pręta. Kiedyś Irrali widziała, jak spętali w ten sposób wilka, który przypadkiem wpadł do dołu wykopanego w charakterze pułapki na driady. Pamiętała, jak otoczyli go kręgiem, trzymając pochodnie, i przypalali futro, podczas gdy oszalałe z bólu zwierzę na próżno usiłowało się wyrwać. Żołnierze byli tak zajęci zabawą, że nie zauważyli, że mają towarzystwo. Jakże byli zdziwieni, gdy zaczęły przeszywać ich strzały…

Wszystko dookoła śmierdziało ludźmi, ich potem, wydzielinami, ekskrementami – niedobrze jej się robiło. Miała wrażenie, że ten zapach wżarł się w jej skórę i zostanie tam już do końca. Jakże szybko Puszcza stała się rozmytym, świetlistym wspomnieniem, skutecznie rozpraszanym przez ból. Irrali skupiała się na tym bólu, smakowała jego rodzaje i odcienie. Przynajmniej oddzielał ją od pustki i sprawiał, że – choć nie sądziła, iż to możliwe – z każdą minutą nienawidziła ich coraz bardziej. Nienawiść także jej się przyda.

Poła namiotu uchyliła się, wpuszczając promień światła, szybko przesłonięty przez szczupłą, niewysoką sylwetkę. Irrali zdążyła poznać wroga na tyle, żeby zorientować się, że ma przed sobą nastoletniego chłopaka.
– Byłeś grzeczny i dorośli pozwolili ci w nagrodę się zabawić, dzieciaku? – wysyczała.
W padającym zza jego pleców świetle nie widziała dokładnie wyrazu twarzy człowieka. Nie odezwał się ani słowem, tylko ukucnął i postawił na ziemi obok miskę z wodą. Zanurzył w niej kawałek szmatki i przetarł dziewczynie twarz, potem ramiona. Z zaskoczenia nie zareagowała od razu, a potem, uznawszy, że widocznie nie chce jej skrzywdzić, poddała się tym zabiegom bez protestów. Woda była chłodna i kojąca. Jeszcze kilka dni temu Irrali mogłaby oczami duszy dostrzec strumień, z którego została zaczerpnięta. Teraz pozostawały tylko wyobrażenia i wspomnienia. Czy ludzie postrzegali świat tak, jak ona teraz? Czy to dlatego niszczyli wszystko dookoła siebie? Skończywszy prowizoryczne mycie, chłopak odpiął od pasa bukłak i dał się jej napić. Z trudem zdołała powstrzymać się przed łapczywym przełykaniem. Woda skończyła się nazbyt szybko. Nadal w milczeniu, młody człowiek zakręcił bukłak, podniósł miskę ze szmatą i wyszedł z namiotu.

Przyszedł znowu wieczorem, tym razem przynosząc jej oprócz picia trochę rozgotowanej kaszy. Ludzka strawa była wstrętna, ale Irrali zmusiła się do jedzenia. Przy okazji obserwowała człowieka. Był biednie ubrany, więc uznała go za jednego z obozowych posługaczy. Chudy, brudny i brzydki, jak to ludzie. Pryszczata, raczej pociągła twarz, ciemne, przetłuszczone włosy sięgające do ramion, ślad pierwszego zarostu. Jego rówieśnica driada byłaby jeszcze dzieckiem…

Chłopak pojawił się także następnego dnia. I następnego. Traktował Irrali dobrze, co dziwiło ją, cieszyło i martwiło. Cieszyło – bo choć trochę odzyskiwała siły. Martwiło, bo nie wiedziała, co z nią zrobią, a bardziej nawet bała się, że królewska wizytacja na skraju Puszczy lada dzień dobiegnie końca. Kiedy tego wieczora młodzieniec odwiedził ją z kolacją, nie unikała jego spojrzenia.
– Jesteś inny niż oni – powiedziała cicho – Dlaczego?
Chłopak zmierzył ją uważnym spojrzeniem.
– Kazali się zajmować, to się zajmuję – burknął.
– Wiesz, o co mi chodzi.
– Może sądzę, że przysłano cię tutaj, żebyś zaraziła naszych jakąś wstrętną chorobą i nie mam ochoty jej złapać – odciął się.
Wyglądało na to, że niczego już nie doda. Irrali gorączkowo szukała sposobu na podtrzymanie rozmowy. Dostrzegła grudkę kaszy na kołnierzu dzieciaka i olśniło ją, że inni też jedli tę ohydę.
– Nie tylko to. Mógłbyś przecież zjeść tę kaszę, zamiast mnie nią karmić. Nikt by się nie dowiedział.
Dzieciak parsknął.
– Wiem, co to znaczy być głodnym. I mam starszą siostrę.
Tego wieczora nie odezwał się już więcej.

– Co ze mną zrobią? – zapytała go przy następnej okazji.
– Nie wiem – chłopak zmarszczył brwi – Sir Ulryk czeka na króla, ale ten nie przybywa.

Jakiś tydzień później przyniósł jej wiadomość o zbliżającym się monarsze.
– Musisz współpracować, Irrali – zdradziła mu swoje imię, ponieważ nauczono ją, że dla ludzi to ważne, bo pozwala im tworzyć namiastki więzi.
On wyjawił jej własne i chyba to faktycznie podziałało. Darren. Nawet ładnie. W każdym razie stał się bardziej rozmowny.
– Miałabym zdradzić swój lud?
– To twoja jedyna szansa – chłopak wziął głęboki oddech – Nie widziałaś mnie, ale byłem przy tym, jak cię przyprowadzili. Pamiętam, że krzyczałaś coś o tym, że cię wygnano, za to, że nie dość dzielnie walczyłaś. One cię odtrąciły, wydały w nasze ręce. Nie jesteś im nic winna.
– Czyżby przysłano cię tutaj po to, byś mnie przekonał?
Roześmiał się ponuro.
– Przeceniasz nas oboje.

Po wzmożeniu hałasu Irrali zorientowała się, że to już. Władca przybył. Tego dnia Darren był wyraźnie podekscytowany. Opowiedział jej o wspaniałości królewskiego orszaku i wielkiej liczbie nowoprzybyłego wojska.
– On zakończy tę wojnę – ekscytował się, jakby zapomniał, z kim rozmawia – Będzie wielka bitwa. Tym, którzy wsławią się w walce, podaruje wydartą puszczy ziemię. Masz mnie pewnie za słabego, ale potrafię walczyć i pracować. Wykarczuję las, sprzedam część drewna i wybuduję dom. Sprowadzę do niego z miasta siostrę. Będziemy uprawiać ziemię. Już nigdy nie będziemy głodni, nigdy nie będziemy musieli… – urwał.
„Takich jak ty posyła się w pierwszej fali natarcia, żebyśmy marnowały strzały”, pomyślała Irrali, ale nic nie rzekła.

Coś było nie tak. Dostrzegła to w jego twarzy, w sztucznym uśmiechu, fałszywie brzmiących pocieszeniach. Czyżby król jednak nie pragnął jej zobaczyć? Co ma znaczyć ten zaprawiony alkoholem napitek, rzekomo na szczęście? Zorientowała się dopiero, gdy wyczuła goryczkowy posmak napoju. Wypluła go natychmiast.
– Chciałeś mnie otruć! – wykrzyknęła – Dlaczego?
Twarz Darrena skurczyła się w grymasie. Wyciągnął ręce i chwycił ją za ramiona.
– Myślałem… – głos mu się załamał – Kiedy mówiłem, żebyś wszystko im powiedziała, myślałem, że pozwolą ci żyć. W końcu karmili cię przez ten cały czas. Ale oni pragną tylko zemsty. Szykują publiczną egzekucję. Chcą cię torturować… Podobno królewski mag się temu sprzeciwia, ale tylko dlatego, że chciałby dostać cię w swoje ręce. Nie wiem, co gorsze! Powiadają o nim, że żywcem sieka zwierzęta i patrzy, jak cierpią! Nazywa to badaniami! Uwierz mi i wypij to. Tak będzie lepiej.
Gdyby miała więcej sił, zaśmiałaby się na tę ironię. Była tak blisko, tyle poświęciła i tyle przeszła, a na samym końcu jej planów omal nie zniweczył niespodziewany akt miłosierdzia.
– Rozumiem – powiedziała – I dziękuję. Wiele ryzykowałeś. Ale stawię czoła swojemu losowi. To ważne.
Wyciągnęła do niego rękę, ostrożnie, jak do drapieżnego zwierzęcia, i nakreśliła na jego czole święty symbol.
– Jesteś dobrym człowiekiem Darrenie. Obyś dostąpił zaszczytu i po śmierci odrodził się jako drzewo.
Widziała, że zdziwiły go jej słowa, jednak nic nie odpowiedział.

Obóz był ogromny. Darren nie kłamał – król przyprowadził ze sobą wielu ludzi. Szykował rozstrzygnięcie, a ona mogła go powstrzymać. Choć wiedziała, że mocy jej krwi, nawet, jeśli to była krew królewskiego rodu, nie wystarczy. Zatem będzie musiała przekroczyć i ten próg. Trudno. Niech to się już skończy.

Wiedzieli, czego driady boją się najbardziej i przygotowali wielki stos. Znowu zachciało jej się śmiać. Los bawił się nimi wszystkimi.

Naprzeciw stosu, choć w pewnym oddaleniu, stał baldachim, pod którym zgromadziła się grupka osób. Ten wysoki, brodaty, kosztownie ubrany, to pewnie król. Wreszcie. A ten drugi, perswadujący coś monarsze, mógł być nadwornym magiem. Władca się roześmiał. Machnął ręką i tłum ucichł.
– Mój przyjaciel żałuje, że nie będzie miał okazji zobaczyć popisu słynnej mocy leśnych panien – zawołał król – A jako, że jest moim dobrym przyjacielem, a ja łaskawym władcą, oświadczam ci, niewiasto, że jeśli zdołasz sprawić, że to tutaj drewno wypuści zielone liście, daruję ci życie, aby mój doradca mógł się od ciebie uczyć.
Jeden z dworzan zaśmiał się na te słowa, ale natychmiast umilkł pod karcącym spojrzeniem suwerena.
– No, dalej – zachęcił władca.
Irrali powiodła wzrokiem po ludziach dookoła.
– Nie ma już we mnie życiodajnej mocy – odpowiedziała spokojnie, choć wewnątrz wrzała gniewem – Stałam się suchym drewnem.
Spojrzała w twarz królowi. Jego triumfujący, pewny siebie uśmieszek posłużył za iskrę, która wyzwoliła całą kłębiącą się w niej nienawiść. „A suche drewno płonie”, pomyślała Irrali, wzywając ogień.

Dusza driady też.

***

Akane obserwowała rozlewające się po równinie strumienie płomieni. Gnały coraz dalej i dalej, pochłaniając ludzi, namioty, konie i wozy. Driada wiedziała, że istnieje tylko jeden sposób wezwania takiej siły. Uniosła twarz ku niebu i na pół wykrzyczała, na pół wyśpiewała lament, który podchwyciły setki kolejnych głosów. Śpiewały, dopóki magiczny ogień płonął, a gdy zgasł, księżniczka wydała rozkaz i jej wojowniczki przekroczyły granicę lasu, by ruszyć na północ.

Back to top